Przeskocz do treści

pad thai

Na spotkanie wybieram się sama z koleżanką, natomiast kelnerka zapewnia, że można tu przyjść z psem. Nori przechodzi rekonwalescencje po zabiegu sterylizacji, ale o tym w innym wpisie. Po wizycie mam pewne wątpliwości, czy aby na pewno można przyjść czworonogiem (piszę tak, gdyż komunikacja z kelnerką była tragiczna wiec nie mam pewności czy zrozumiała moje pytanie). Kartę mają sporą i kelnerów też pokaźną ilość. Nam się trafiła pani z plakietką uczę się. To nie istotne, ale problem polegał na tym, że pani nie mówiła za dobrze po polsku, więc porozumiewałyśmy się po polsku, angielsku i wietnamsku (nie znam tego ostatniego języka, ale twierdzę, że po wietnamsku rozumiałyśmy się najlepiej, pani angielski był też słaby). Zamawiamy na przystawki: Nem (makaron sojowy, wieprzowina, grzyby mun, kiełki soi, jajko-zawinięte w papier ryzowy, smażone w głębokim oleju), Goi cuon tom (makaron ryzowy bun, mango, krewetki, warzywa zawinięte w papier ryżowy), Pho xao tom (makaron ryżowy pho smażony z krewetkami, bambusem, fasolką szparagową, grzybami mun, pieczarkami i czerwoną papryką), Shrimp pad tai (makaron ryżowy smażony z krewetkami, jajkiem, tofu, kiełkami, kolendrą, z sosem z tamaryndowca i orzechami). Ostatnia pozycja jest dla mnie. Tłumaczę kelnerce, że ma być bez orzechów, bo mogą mnie udusić (nieznośna alergia pokarmowa). Siedzimy na zewnątrz, obserwuje wychodzące dania z kuchni.

nem

Zaniepokoiły mnie ładne zawiniątka z których ewidentnie prześwitywała surowa marchewka. Biorę menu biegnę do kelnerki i pytam ją czy moja przystawka, aby na pewno jest bez marchewki (znowu alergia). Pani nie miała pewności, dlatego konsultuje się z szefem w swoim ojczystym języku. Patrzy na mnie i stwierdza „without carrot”. Proszę, o jeszcze jedno potwierdzenia i otrzymuje je. Zasuwam do koleżanki, chwilę później kelnerka przychodzi z przystawkami i tu konsternacja. Widzę panią z talerzem a na nim moje sajgonki z carrot. Ona patrzy na mnie ja na nią - O jednak jest carrot - mówi kelnerka. Ręce mi opadły i mówię poproszę to bez marchewki. Po chwili, otrzymuje informacje, że kuchnia nie zrobi mi bez marchewki, uwaga, bo oni już mają takie przygotowane. Tadam! Jak byliśmy w Sajgonce kiedyś w odwiedzinach wykonywałam sama te zawiniątka, trwało to chwile, wystarczy trochę dobrej woli, ale nie to nie podziękowałam za to danie. Nem było dobre, gorące piekielnie, gdyż wyszło z kąpieli w oleju. Przyszła pora na dania główne. Pho z krewetkami bardzo dobry, dobry w smaku, ale nie przypominało to prawdziwego pad thai-a, raczej porównałabym to do spaghetti po tajsku. Shrimp pad thaj (bez orzechów) był z orzechami. Błagam litości, możecie mnie zabić. Bogu dzięki to były orzechy ziemne (te akurat mogę jeść). Mimo wszystko w pierwszym odruchu gryząc orzecha poczułam paraliż - po prostu bardzo się przestraszyłam. Chciałam stamtąd uciekać. Jeśli chodzi o sam smak to nie było tragedii, jednak nie dałam rady zjeść do końca - zbyt słodki. Wspomnę również o innej klientce. Siedziała za nami młoda mama, w wózku dzieciątko. Przysięgam ta kobieta siedziała prawie 30 min, żaden kelner się nie zainteresowała. Moja koleżanka jak lwica woła kelnera i mówi, że ta pani już bardzo długo czeka (ważne jest to, że ta pani wołała wiele razy przechodzących kelnerów), czy mógłby ktoś ją obsłużyć. Kelner z nerwem podaje pani kartę i dodaje to nie jest mój rewir. Słabe, bardzo zniechęcające. Nie chce skreślać tej restauracji, powtórzę wizytę z Nori, na pewno, dam im drugą szansę, oby wypadli lepiej. Jak na razie, jak dla mnie Wi-taj powinno zmienić nazwę na Że-gnaj.

Gotujemy!

Czegoś takiego jak w Sajgonce, nigdy jeszcze nie doświadczyłam. Nie wiedziałam co mnie czeka. Przyznaję, że odczuwałam lekki stres, później ekscytacje a na koniec zachwyt.

Wystrój Sajgonki pozostawia wiele do życzenia. Mało Azjatycko. Jestem przekonana, że to tymczasowy wygląd, z pewnością właściciele pomyślą o zmianach, bo w tym momencie byli w trakcie transformacji dawnego Shabu Shabu, właśnie na Sajgonkę.

Pani kelnerka, wyjaśnia, że to są stoły specjalne i że sami będziemy sobie gotować. Aha, to przychodzę, płacę i mam sobie sama gotować?! 🙂 Rety, bawiliśmy się jak dzieci, wymieniając poglądy, a co teraz wrzucasz? A co dodałeś? Co próbowałaś? Zabawa przednia. Ale wróćmy do początku. Umówiliśmy się z naszymi znajomymi (rodzice najlepszej psyjaciółki Nori, parson Toya). Kelnerka przynosi menu. Wybieramy zestawy, rodzaj bulionu i przystawki. Wszyscy zgodnie wybraliśmy sajgonki. Kiedy dostaliśmy przystawki zaśmialiśmy się na głos, to też mamy sami przyrządzić?! 🙂 Ależ to było fajne! Do ręki bierzemy folijkę ryżową, pikantne krewetki, makaron, ananas, kolendrę, zielona sałatę Wszystko układamy jak chcemy zwijamy, maczamy w lekko pikantnym sobie i wsuwamy. Pierwsze gryzy były dość dziwne, gdyż ta folijką jak jest sucha daje wrażenie gryzienia… hmmm... plastiku? Jak jest nawilżona smakuje lepiej. Po przystawkach, kelnerka przynosi nam wybrane buliony, każdemu wlewa do bemarów albo garnków, zamontowanych w stołach (w zasadzie to nie wiem jak to nazwać). Do tego zamówione sety, wszystko super świeże - wygląda obłędnie. Wołowina, ośmiornica, kalmary, krewetki, łosoś, tuńczyk, cebula, brokuły, kolendra, kapusta bok choy, wybrane makarony - wszystko naprawdę świeże, pachnące.

Pani instruuje nas, gdzie się włącza, zmniejsza i zwiększa temperaturę. Dokładnie wyjaśnia, ile powinniśmy gotować każdą rzecz. Pani bardzo przygotowana skrupulatnie odpowiada na nasze pytania. Wykład chwilkę trwał, jak pani odeszła nie pamiętaliśmy z niego już nic 😉

Set

Dobra idziemy na żywioł! Jak wyjdzie tak wyjdzie. Podczas gotowania domówiliśmy jeszcze parę rzeczy. To gotujemy, bulion wrze, wrzucamy najpierw warzywa, zioła. Dolewamy sosy. I teraz zaczyna się szaleństwo, wrzucam mięsko (cieniusieńką wołowinę), kilka sekund i gotowe wyjmuję pałeczkami. PYCHA! Na stole była również chochelka i sitko do wyciągania smakowitości. Mamy też miseczki do których możemy transportować zrobioną zupę i dodatki. Cieżko opisać te wrażenia, naprawdę trzeba samemu spróbować. Niezapomniane przeżycie 🙂 Nie dość, że byliśmy mega najedzeni to tego bawiliśmy się genialnie! Tym razem nie zabraliśmy Nori ze sobą, lecz Pani kelnerka zapewniała, że można przyjść z psem, więc następnym razem tak uczynimy 🙂

  • Ogólna ocena: 5
  • Wystrój: 4
  • Nasza ocena: 6
  • Ocena Nori: -