Przeskocz do treści

pieczywo

Restauracja serwuje głównie kuchnie polską. Wybraliśmy się tu ze znajomymi więc nasze zamówienie jest zacne 🙂 zamawiamy: chłodnik, schabowy, nóżki w galarecie, placki ziemniaczane, rosół, zrazy i ciastko na deser.

Obsługa wspaniała! Kelnerka dobiera z nami dania, opowiadając o nich. Znajomy chciał zrazy i był rządny sosu, kelnerka zaproponowała sos pieczarkowy.

Dania bardzo dobre, chociaż proponuje drobne poprawki. Chłodnik mógłby być nieco mniej słony (może kucharz zakochany 😉 ) Rosół pyszny, prawdziwy, domowy. Zdziwiła mnie cena schabowego, bo kosztował aż 25 zł! Gdy dostałam danie zrozumiałam… był ogromny i bardzo dobry.

placki

Plackom z kolei brakowało ciut chrupkości i soli. Marchewka z groszkiem natomiast bardzo dobre - jak mojej mamy - pycha! Mizeria znakomita. Nie ma co wymyślać - dania mega domowe, pyszne. Można czuć się ugoszczonym. Norcia dostała wodę i przytulaski. Jedyne co nam nie smakowało to ciastko wuzetka. Miała coś czego nie znoszę mianowicie sztuczna śmietana...

Co więcej na koniec kelnerka zapytała jak nasze wrażenia. Bez fochów przyjęła nasze oceny, uwagi i powiedziała, że przekaże kucharzowi.

Kraken

To zadziwiające miejsce odwiedziliśmy pewnego ciepłego letniego wieczoru. Dlaczego zadziwiające? Już tłumaczę. Nazwałabym to miejsce - bistro. W środku mało przestrzeni, a miejsca siedzące są w większości wysokie - średnio wygodne. Jednak po dłuższym pobycie zaczynam rozumieć zamysł twórców. To jest miejsce, gdzie przychodzicie zjeść szybko, łyknąć coś i możecie iść dalej imprezować. W wystroju króluje drewno i akcenty morskie. Wszystko co jadłam było smaczne. Natomiast uważam, że ceny są nieco przesadzone, jak na ilość otrzymanej porcji. Nad niektórymi daniami można by jeszcze popracować - w szczególności zmniejszyć ilość tłuszczu. Jak pisałam wcześniej dania są na szybko więc część robiona w głębokim tłuszczu.

Krewetki z chorizo

Częstują wyśmienitymi krewetkami z chorizo! Obłęd! W zestawie mamy 2 grzanki. Kosztujemy kalmara w czarnej soczewicy (bardzo tłuste danie). Małże św. Jakuba podane na szpinaku (szpinak niestety też ociekał tłuszczem) z grzankami, a w połówce cytryny otrzymujecie sos. Niezłe, ale ledwo poczułam, że jadłam maleństwa takie 😀 Ogromnie smakował mi tatar ze śledzia, nie ma do czego się przyczepić. Dobrze doprawione z gorczycą, cebulką, śmietaną i czerwonym pieprzem. Kosztowaliśmy również ośmiorniczki z pomidorkami. Dla mnie gumowe, mężowi smakowały. Miejsce fajne, ma swój klimat i na pewno jeszcze tu wrócimy. Dania ładnie podane, ale nie spodziewajcie się dużych porcji. W mojej opinii ceny mogłyby być obniżone choć trochę.

Szprotki

Zapomniałabym! Na dobicie mąż zamówił smażone szprotki. Wybaczcie nie próbowałam, on, przyjaciółka oraz Nori zachwycali się tym tłustym-ostrym przysmakiem.

2

nori

Czas na inne odkrycia kulinarne - biegniemy do Shuk-a. Jest to wegetariańska kuchnia. Mój sceptyczny mąż (lubi mięcho) wyszedł najedzony i zadowolony więc to już dobra rekomendacja 🙂 Od razu w drzwiach miła kelnerka pyta, czy podać wodę dla pieska! Wow, zaczynamy miło, Nori dostaję miskę ze złotymi kosteczkami 😉 Zamawiamy miliard rzeczy, żeby popróbować. Zaciągnęła nas tu moja przyjaciółka, dla niej nie była to pierwsza wizyta.

Wszystkie porcje są malutkie (jeśli mówimy o przystawkach).

Zamawiamy: oliwki, arbuz, kozi ser, pierożki na ciepło, hummus w dwóch wersjach, marynowany burak, pite, szaszłyk z serem halloumi, halluomi burger, burger z serem mimolette.

burger mimolette

Zanim przejdę do dań, muszę napisać, że zachwycam się wystrojem tego miejsca. Dla samego wystroju wpadnijcie jest ślicznie, te kafeleczki, ozdoby nic nie jest przesadzone pasuje, jak ulał. Zachwycam się również faktem, że można kupić tu wynosiki (oliwki hummusiki itd.).

Jestem absolutną fanką sałatki z arbuzem, prze-pysz-ne! Z serem kozim z tymiankiem prostota, ale jaki smak. Mmm… Czuć, że hummusy robione na miejscu, rozpływają się w ustach, chyba bardziej mi smakował ten z bobem (lepiej doprawiony, lubię wyraziste smaki). Oliwki, można powiedzieć oliwka to oliwka, ale te były naprawdę dobre (nie ze słoika).

humus

Teraz pierożki, smażone w głębokim tłuszczu, nie mogę powiedzieć, że były złe, bo nie były, ale jak dla mnie za mało nadziane, trochę suche. A! do pierożków mamy sosiki. Bardzo dobry był szaszłyk z halloumi, podany z cytrusami, z kuskusem cytrynowo koperkowym posypane granatem.

smakołyki
smakołyki

Danie pyszne, ale z racji, że halloumi jest słone nie dałam rady zjeść. Kto się skusił?! NORI! Bardzo jej smakował 😀 Burger bardzo dobry, z prawdziwym grillowanym serem halloumi. Podany z frytkami i sałatką.

Restauracja była pełna ludzi, to chyba najlepsze podsumowanie. 🙂

 

steak

Jedziemy pod Warszawę. Kierunek Podkowa Leśna. Chcemy skosztować Argentyńskich specjałów. Miejsce wyjątkowe. Odwiedziliśmy tą restaurację latem, siadamy na zewnątrz. Obsługa informuje nas, że z pieskiem do środka nie można, więc dobrze, że jest ciepło 😉

Dostajemy czekadełko, pieczywo z oliwą z ziołami. Zamawiamy: kalmary, stek, ser (nie pamiętam oryginalnej nazwy) sałatkę, rybę, empanadas z mięsem, ceviche z ośmiornicy i słodkości, tiramisu oraz tarte z truskawkami.

Przejdźmy do konkretów, porcja kalmarów bardzo konkretna do tego smaczny sos. Moja ośmiornica była podana w małej kokijce a w niej małe ośmiornice z cebulą, sosem kolendra niezłe, lecz nieduże.

ceviche z ośmiornicy

Traktujemy to jako przystaweczkę. Ser grillowany jak ser… tłusty, ale bardzo dobry! Nie jest to wina restauracji sery tak maja ;)))) Mąż zachwycał się, ja nie jestem fanką roztopionych serów, ale fajnie smakowało ze świeżym pieczywem. Empanadas nieźle nadziane papryczkami, mięsem i posypane konkretną ilością natki pietruszki. Do zestawu mamy 3 sosy (guacamole, pomidorowy i jogurtowy). Stek? 1 klasa! Sałatka to miłe zaskoczenie, mamy solidną ilość sałaty, pomidory, ogórki, tuńczyk (nie z puszki, taki prawdziwy smażony), świeży ananas i dobry sos dopełniający całość. Nasz znajomy zachwycał się rybą (tak wszystko co zamówiliśmy było na 4 osoby;)). Podziwiałam oczami, fajnie zgrillowana cała rybka. O ciastach też mogę pisać ochy i achy. Nie lubię takich ciężkich przeładowanych ciast. Te były lekkie bardzo smaczne.

Trzeba nadmienić, że szef restauracji zna się ogromnie na winach nie bez kozery w nazwie mamy wina. Wybór ogromny. I o każdym możecie usłyszeć słowo bądź skosztować. Fakt, że restauracja się ceni. Natomiast produkty są 1 klasy, ogromne gratulacje dla szefa kuchni. Wpadajcie jak jest ciepło z psiakami (bo w środku nie można).

pad thai

Na spotkanie wybieram się sama z koleżanką, natomiast kelnerka zapewnia, że można tu przyjść z psem. Nori przechodzi rekonwalescencje po zabiegu sterylizacji, ale o tym w innym wpisie. Po wizycie mam pewne wątpliwości, czy aby na pewno można przyjść czworonogiem (piszę tak, gdyż komunikacja z kelnerką była tragiczna wiec nie mam pewności czy zrozumiała moje pytanie). Kartę mają sporą i kelnerów też pokaźną ilość. Nam się trafiła pani z plakietką uczę się. To nie istotne, ale problem polegał na tym, że pani nie mówiła za dobrze po polsku, więc porozumiewałyśmy się po polsku, angielsku i wietnamsku (nie znam tego ostatniego języka, ale twierdzę, że po wietnamsku rozumiałyśmy się najlepiej, pani angielski był też słaby). Zamawiamy na przystawki: Nem (makaron sojowy, wieprzowina, grzyby mun, kiełki soi, jajko-zawinięte w papier ryzowy, smażone w głębokim oleju), Goi cuon tom (makaron ryzowy bun, mango, krewetki, warzywa zawinięte w papier ryżowy), Pho xao tom (makaron ryżowy pho smażony z krewetkami, bambusem, fasolką szparagową, grzybami mun, pieczarkami i czerwoną papryką), Shrimp pad tai (makaron ryżowy smażony z krewetkami, jajkiem, tofu, kiełkami, kolendrą, z sosem z tamaryndowca i orzechami). Ostatnia pozycja jest dla mnie. Tłumaczę kelnerce, że ma być bez orzechów, bo mogą mnie udusić (nieznośna alergia pokarmowa). Siedzimy na zewnątrz, obserwuje wychodzące dania z kuchni.

nem

Zaniepokoiły mnie ładne zawiniątka z których ewidentnie prześwitywała surowa marchewka. Biorę menu biegnę do kelnerki i pytam ją czy moja przystawka, aby na pewno jest bez marchewki (znowu alergia). Pani nie miała pewności, dlatego konsultuje się z szefem w swoim ojczystym języku. Patrzy na mnie i stwierdza „without carrot”. Proszę, o jeszcze jedno potwierdzenia i otrzymuje je. Zasuwam do koleżanki, chwilę później kelnerka przychodzi z przystawkami i tu konsternacja. Widzę panią z talerzem a na nim moje sajgonki z carrot. Ona patrzy na mnie ja na nią - O jednak jest carrot - mówi kelnerka. Ręce mi opadły i mówię poproszę to bez marchewki. Po chwili, otrzymuje informacje, że kuchnia nie zrobi mi bez marchewki, uwaga, bo oni już mają takie przygotowane. Tadam! Jak byliśmy w Sajgonce kiedyś w odwiedzinach wykonywałam sama te zawiniątka, trwało to chwile, wystarczy trochę dobrej woli, ale nie to nie podziękowałam za to danie. Nem było dobre, gorące piekielnie, gdyż wyszło z kąpieli w oleju. Przyszła pora na dania główne. Pho z krewetkami bardzo dobry, dobry w smaku, ale nie przypominało to prawdziwego pad thai-a, raczej porównałabym to do spaghetti po tajsku. Shrimp pad thaj (bez orzechów) był z orzechami. Błagam litości, możecie mnie zabić. Bogu dzięki to były orzechy ziemne (te akurat mogę jeść). Mimo wszystko w pierwszym odruchu gryząc orzecha poczułam paraliż - po prostu bardzo się przestraszyłam. Chciałam stamtąd uciekać. Jeśli chodzi o sam smak to nie było tragedii, jednak nie dałam rady zjeść do końca - zbyt słodki. Wspomnę również o innej klientce. Siedziała za nami młoda mama, w wózku dzieciątko. Przysięgam ta kobieta siedziała prawie 30 min, żaden kelner się nie zainteresowała. Moja koleżanka jak lwica woła kelnera i mówi, że ta pani już bardzo długo czeka (ważne jest to, że ta pani wołała wiele razy przechodzących kelnerów), czy mógłby ktoś ją obsłużyć. Kelner z nerwem podaje pani kartę i dodaje to nie jest mój rewir. Słabe, bardzo zniechęcające. Nie chce skreślać tej restauracji, powtórzę wizytę z Nori, na pewno, dam im drugą szansę, oby wypadli lepiej. Jak na razie, jak dla mnie Wi-taj powinno zmienić nazwę na Że-gnaj.

Trattoria

Tym razem nie przypadek, a polecenie znajomej prowadzi nas do Trattoria da Antonio. Słyszałam same dobre rzeczy na temat tej restauracji, tak więc z entuzjazmem idziemy. Jest ciepły letni wieczór, stoimy przy restauracji, kelnerzy kręcą się przechodzą obok nas, nikt nie zaprasza. Dziwne. Nadmienię, że restauracja nie była wcale oblegana tego wieczoru. Mam nadzieję, że to była jednorazowa akcja kelnerów. Minęło trochę czasu zanim kelner zaprosił nas do stolika. Kelner zaciera pierwsze złe wrażenie. Miły, uprzejmy, podaje karty, pyta, czy podać wodę dla pieska. Zamawiamy, foccacie (focaccia ai due pesti), antipasto di bufala, risotto z owocami morza (risotto mare), szparagi z parmezanem i Polędwiczkę z dorsza (Merluzzo alla sicula). Mąż jest fanem foccaci, dlatego często po nią sięga.

Focaccia

Te u Antonia były z dodatkiem pesto: pesto zielonym i czerwonym. Krucha z grubo ziarnistą solą. Przystawka dla niego nie dla mnie. Ja celuję w szynkę parmeńska z mozzarellą. Produkty - klasa, wysoka jakość. Ogromnie brakowało mi w przystawce kropki nad i mianowicie sosu! Sama polałam sosem balsamicznym. Mozzarella mokra, rozpadała się ze świeżości. Rewelacja. Czas na dorsza, tu się trochę poczepiam. Sama ryba wyborna, rozpływała się w ustach (Nori też pojadła) Mięciusieńka- bardzo delikatne mięso. Natomiast sos, w której była utopiona był potwornie ciężki. W sosie mamy karczochy, oliwki, cebule, pomidory, ale musiało być jeszcze coś co nadawało daniu ciężkości. Szparagi z parmezanem - kulinarny sztos! Niby tylko szparagi, ale były obłędne, słodkie, idealnie gotowane. Risotto niestety było trochę za bardzo al dente. Brakowało mu trochę dosłownie chwili na ogniu. Pomimo tych naprawdę kilku drobnostek to z czystym sumieniem stwierdzamy, że warto tu przyjść. Liczę, że będzie obsługiwać Was ten sam kelner co nas 😉

Nori

Spotkanie ze znajomymi, tym razem we włoskiej restauracji. Konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Odwiedzamy Trattoria Rucola na Kruczej. Matko, przysięgam, dawno tak dobrze nie jedliśmy! O tym za chwilę. Obsługa bardzo miła, można poczuć się ugoszczonym i mile widzianym. Mieliśmy rezerwację w środku, pogoda jednak dopisała wiec prosimy o stolik na zewnątrz - nie było problemu. Wspaniale, że część restauracyjna jest oddzielona od ulicy białymi skrzyniami z ziołami, które dają poczucie intymności. Jest nas czwórka, więc jedzenia będzie pokaźna ilość. Zamawiamy: mozzarellę di bufala, foccacię, Carpaccio z ośmiornicy (carpaccio di polipo), Carpaccio z polędwicy wołowej (grande carpaccio), szynka parmeńska z melonem (prosciutto crudo e melone), bruschetty z karczochem (bruschetta Bresa), pizza gamberi, pizza chili, ośmiornica (polipo alla livo), crème brûlée, tiramisu, pannacottę. Wszystkim się dzielimy i kosztujemy po trochu. Szykujcie się będą same ochy i achy.

Mozzarella di bufala

Mozzarella mokra, prawdziwa, pyszna, podana na pomidorkach koktajlowych (concasse). Pierwszy raz takie coś jadłam pomidorki były jakby zamarynowane. Całość polana gęstym sosem balsamicznym towarzyszy temu grzanka. Prosciutto pyszne, prawdziwe, melon słodki, całość również polana sosem balsamico. Carpaccio cieniusieńkie, a do tego mamy kapary, rukolę, ser grana padano i sos. Bruschetta Bresa miała na sobie pastę z oliwek, karczocha i włoską szynkę (ta przystawka była ciut za sucha) bardzo smaczne. Pizze to jakiś obłęd! Wspaniałe cienkie ciasto (nie znoszę grubej buły, którą się mieli i mieli i końca nie widać), czuć wszystkie produkty, które się łączą wybornie. Danie z ośmiornicą to propozycja sezonowa. Na talerzu mamy dwie pokaźne zgrillowane macki oblane sosem pomidorowym (z oliwkami, kaparami) przykryte dwiema grzankami. Ośmiornica rozwaliła system.

Ośmiornica

Nie była przeciągnięta - była w punkt, mięciutka wyborna. Na dobicie, zamawiamy desery. Tiramisu - niebo w gębie, crème brûlée i pannacotta również. Nie spróbujecie nie uwierzycie. Reasumując, nie dziwię się, że trzeba robić rezerwacje, żeby tu zjeść. Czuliśmy się ugoszczeni tak prawdziwie po włosku - bez nadęcia. Produkty wysokiej klasy. Powiem wam coś jeszcze, coś co mnie ujęło. Podczas gdy jedliśmy te pyszności zwróciłam uwagę na kelnerów. Dostali z kuchni misę muli. Podchodzili z talerzami i częstowali się. Ktoś mógłby powiedzieć, co to ma znaczyć oni są w pracy itd. Nic podobnego uważam to za coś wspaniałego, prawdziwie po włosku. Ta sytuacja tylko mnie umocniła, że jest tu wspaniała atmosfera, do której z pewnością będziemy wracać wielokrotnie. Nori dostała wodę i przytulasy od kelnerów! Dziękujemy i do zobaczenia! 🙂 Będziemy wracać bo naprawdę warto!

 

Wybraliśmy się tu ze znajomą. Ona słyszała, że warto tu wpaść - tak więc jesteśmy, chcemy sami sprawdzić czy warto tu jeść.  Telefonicznie zarezerwowaliśmy stolik - uprzedzając, że przyjdziemy z Nori. Na miejscu okazuje się, że musimy zmienić stolik (z miejsca 1 piętrze) na miejsce na dole bo z psem. Ok, nie zniechęcajmy się, dajemy szanse tej restauracji. Z zewnątrz restauracja wygląda bardzo przyjemnie. Wchodzimy. Wystrój hmm... jakby to napisać, żeby nie wyszło źle... Brakuje temu miejscu charakteru. Ławki i stoły ciężkie jak w pijalni piwa. Ściany ozdobione dziwnym czymś nawet nie wiem, jak to nazwać, takie jakby plakaty przypominające budynki. Klimat nie zachwyca. Jednak nie zniechęcajcie się, czytajcie dalej. Jak to mówią klimat tworzą ludzie i tak było w tym przypadku.

Kuchnia Pikanterii jest bardzo domowa. Przerażała mnie początkowo duża karta. Są tu przekąski do piwa (precle piwne, deska serów, zboczone śliwki 🙂 - zawinięte boczkiem, oscypek, galareta, wątróbki, tatar, sałata cezar, sałata z łososiem, sałatka z burakami, camembert, naleśniki), zupy (rosół z kołdunami, zupa dnia, barszcz czerwony, żurek, specjalność szefa - zupa z pomidorów), pasty, dania główne (pierogi, kaczka pieczona, polędwiczki, kurczak, udo gęsi, gnocchi z grzybami, łosoś z warzywami, pstrąg, żeberka BBQ) i oczywiście desery. Jak widzicie wybór bardzo duży nie jest to kuchnia typu haute cuisine, widać polskie dania z różnymi inspiracjami z innych kuchni świata. Z karty wybieramy, żurek w chlebie, żeberka w sosie barbecue, tatar ze śledzia, tatar wołowy, rosół z kołdunami, pierogi z mięsem, pierogi z kapustą i grzybami oraz napoje. Kelnerka na wstępie informuje nas, że zostaniemy poczęstowani proseco, z okazji urodzin restauracji - miło. Przejdźmy do konkretów. Rosół dostałam chłodny. W smaku bardzo smaczny kołduny dobrze doprawione, cienkie ciasto, tak więc w porządku, oczywiście wolałabym dostać gorący.

Żurek

Żurek wybitny i do tego chleb, w którym był podany - świeży i chrupiący. Tatar ze śledzia bardzo mi smakował, doprawiony w sam raz, z ogórkiem rzodkiewką sosem wasabi. Polecam! Tatar wołowy miał bardzo dużo dodatków, smaczny, drobno posiekany. Na stole mamy zestaw, magie sól pieprz jak ktoś chce może podkręcić smak wedle uznania. Żeberka smaczne, ale trochę zbyt tłuste - to raczej norma, jeśli chodzi o to mięso?! W zestawie mamy pieczonego ziemniaka w folii. Teraz pierogi, przy zamówieni mieliśmy wybór, czy chcemy z wody czy z pieca. Wybraliśmy z pieca z okrasą - NA GRUBO 🙂 W tak zwanym między czasie kelnerka pyta czy przy nieść wodę dla pieska! Z uśmiechem przyjmujemy propozycję.

Pierogi z mięsem

Wracając do pierogów, ja swoje niestety musiałam zwrócić na talerzu miałam zestaw surówek w tym surówka, z marchewki której sok rozlał się już na talerzu. Jak pisałam wcześniej mam silną alergię na marchewkę. Kelner, tym razem zabrał mój talerz bez żadnego komentarza i przyniósł chwilę później pierogi z zestawem surówek bez marchewki. Jeśli chodzi o smak były dobre, ale jak dla nas za mało doprawione, były z pewnością solidnie nadziane. Pierogi za z kapustą i grzybami były poprawne, natomiast nie raz jedliśmy lepsze. Kapusta trochę kwaśna, a smak grzybów był ledwo wyczuwalny. Na deser miejsca nie starczyło. Natomiast słyszałam głos zachwytu do szarlotki ze stolika obok, może spróbujemy następnym razem.

Nori

Teraz słowo o gościnie. Na koniec naszej wizyty kelnerka pyta „Czy zapakować mięso dla pieska”. Początkowo nie zrozumieliśmy. Pytam ale pani żartuje? Ona się uśmiecha i mówi, że może spakować. Moje zdziwienie było dlatego, że w życiu nie spotkałam się z pytaniem czy coś niezjedzone zapakować pieskowi na wynos - to było po prostu bardzo miłe. Dziękujemy za gościnę 🙂

  • Ogólna ocena: 4
  • Wystrój: 3
  • Nasza ocena: 4
  • Ocena Nori: 5+

Nori

Trzeba przyznać, że przypadek nas tu sprowadził. Spacerowaliśmy z Norcią szukając miejsca na kolacje. Mijamy głośne bary, pijalnie, imprezownie, burgerownie, ale niczego „spokojnego” nie spotykamy.  Zbliżamy się do ul. Żuwawiej. I tu właśnie była otwarta Żurawina. Nazwa przednia 🙂 Miła kelnerka zaprasza nas do stolika. Wystrój zachęca do odwiedzin. Zamawiamy: hummus, tatar, stek oraz pad thai z krewetkami. Czekając na dania zachwycałam się promocjami jakie mają w ofercie oraz ich prostą kartą. Mają powtarzalność – co bardzo lubię i cenię. Każdy dzień ma swoją promocje np. w poniedziałki od 16 jest rabat, a w soboty jest ladies night (z tej okazji panie w soboty piją za darmo przy zamówieniu czegoś z karty). Fajne, pomysłowe. Nie lubię, jak karta jest gigantyczna, wtedy czuje brak zaufania do podawanych dań. Czy to na pewno świeże? Wielka karta jak kalendarz nie może wzbudzać zaufania.

Hummus

Zacznijmy jeść. Hummus super, dobrze doprawiony podany z chlebkiem typu pita. Tatar podany wspaniale, na kamiennym talerzu z dodatkami. Siekana polędwica wołowa aromatyzowana dymem z wędzonych beczek, w których leżakowała whisky, korniszon, chips chlebowy, ogórek i musztarda dijon. Taki dokładny opis skusił mnie, ten dym i te beczki…Pani podała tatar, on sam przykryty był kieliszkiem, w środku widać było dym. Pani podnosi kieliszek a ja delektuję się dębowym, wędzonym zapachem. Jedyne co mogłoby ulec zmianie w tej przystawce to pieczywo (po prostu dodałabym je do zestawu). Chips z pieczywa średnio nadaje się do tatara (chyba że jako ozdoba). Po za tą uwagą z pieczywem nie zmieniłabym nic. Stek był bardzo smaczny, niestety zbyt żylasty. Podany z grillowanymi warzywami, pieczonymi ziemniakami i sosem Béarnaise (sos bearneński). Pierwszy raz spotkaliśmy się z nim właśnie w żurawinie, szybko wygooglowałam, żeby poznać jego składniki. Wyczuwalny był majonez i pieprz, ale co więcej? I tu internet podpowiada, że składa się z: szalotki, estragonu, czarnego pieprzu w ziarnach, wina białego, octu winnego, masła klarowanego, żółtek, soku z cytryny i soli. Osobiście widzę podobieństwo do sosu holenderskiego, to kremowy sos, z wyczuwalnym smakiem estragonu. Estragon to intensywne zioło przez co sos ma bardzo wyrazisty smak.

Pad Thai

Czas na opis Pad Thai-a. Był wyborny, jednak też zmieniłabym w nim jedną rzecz. Czuć było, że wszystkie produkty są bardzo dobrej jakości: makaron ryżowy, krewetki, trawa cytrynowa, kafir (to tajska odmiana limonki, używa się ich liści do doprawiania, nadaje super świeży aromat), mleczko kokosowe, kolendra, imbir, orzechy nerkowca, sos rybny, czerwony pieprz. Wszystkie składniki dopełniają się i są całością. Jedyna rzecz według mnie do zmiany to trawa cytrynowa. Kompletnie nie dało się jej zjeść. Odczuwałam lekki dyskomfort, gdy co chwilę musiałam wyciągać ją z buzi. Sytuacje bardzo łatwo można naprawić, może należy się zastanowić nad użyciem mniejszej ilości tej „prawdziwej” i dodaniu trawy cytrynowej w wersji zmielonej. Z doświadczenia wiem, że wspaniale zagęszcza sosy. Gdyby, nie ta trawa nie możliwa do spożycia oceniłabym danie na 6+ 🙂 tak będzie tylko 6 🙂

Nori dostała (bez proszenia) miskę wody. Podsumowując: warto tu wpaść!

  • Ogólna ocena: 5 +
  • Wystrój: 6
  • Nasza ocena: 5
  • Ocena Nori: 5

Nori

Ciepła majowa niedziela, wybieramy się na obiad do Mąki i Wody. Przed wizytą chciałam zasięgnąć wiedzy co można tam zjeść. Trafiłam na liczne strony, blogi, które wypowiadają się na temat tego miejsca. Zdania były podzielone. Jestem zachwycona i ciekawa co nas czeka, będę mogła wtrącić swoje 5 groszy. Bo przecież, ile ludzi tyle opinii…

Zajmujemy miejsce w ogródku, słońce nas do tego zachęca. Zamawiamy: arancini, fritatine di pasta, bruschette, calzone ripieno, sałatkę di mare, lemoniane bazyliowa, foccacie, fegato, ravioli. I dwie pizze.

Zacznę od lemoniady, pychaaaaa. Nic dodać nic ująć. Orzeźwiająca wspaniale rozwiązanie na ciepły dzień.

Burrata

Bruschetta - zachwycająca. Na grzance znajduje się burrata i marmolada z sycylijskich pomarańczy (tak informują nas w karcie), faktem jest to, że marmolada bardzo słodka. Genialna przystawka. Prawdziwe arancini poznałam na Sycylii. Te prawdziwe, są wielkości piąstki czy piłki do tenisa. Można spotkać różne wypełnienia czy to z serem czy szynka i groszkiem. Wnętrze otula ryż (nie taki zwykły, lecz taki jak do risotto) i całość smażona jest w głębokim tłuszczu. Wszystkie były zachwycające. Wersja z restauracji Mąka i Woda jest dużo, dużo mniejsza - porównam do piłeczki tenisa stołowego. Smaczne, ale jest dalekie od oryginału.  Frittatine di pasta to było bardzo ciekawe odkrycie.

Frittatine di pasta

Małe kwadraciki smażone we fryturze kryły w sobie wędzona mozzarellę, speck, prosciutto i ser montasio. Małe, ale pyszne. Dopełnieniem była grubo ziarnista sól posypana na wierzchu. Fegato (wątróbka) zamówił nasz znajomy, zachwycał się nią, spróbowałam, jednak twierdzę, że nie jestem fanką wątróbki.

Di mare

Czas na sałatkę z owocami morza. W sałatce Di mare znajdziecie ośmiornicę, krewetki a razem z nimi są ziemniaki, kapary, dużo natki i baaardzo dużo oliwy. Oryginalnie sałatka ta ma jeszcze w swoim zestawie seler naciowy (dostałam bez, ze względu na swoją alergię pokarmową). Sałatka naprawdę niezła. Chociaż oliwę odlałam. Ravioli miało dobre ciasto, wypełnione serem i polane masłem szałwiowym. Pizza, w opinii męża, miała przemoczone ciasto. Za dużo sosu, za cienkie cisto lub za krótko była w piecu. Brakowało jej kruchości. Smak dobry, jednak minus za to ciasto, pizza powinna być krucha, a tu ciasto przypominało taki glut. Może za niska temperatura pieczenia, a może za krótko była w piecu? Trzeba stwierdzić, że to miejsce odwiedzają istne tłumy, więc Mąką i Woda ma coś w sobie i przyciąga ludzi.

Podsumowując, jedzenie smaczne, pięknie podane, porcje niezbyt duże. Nie do końca rozumiem fenomen tego miejsca, na pewno warto przyjść i samemu się przekonać.

  • Ogólna ocena: 5
  • Wystrój: 5
  • Nasza ocena: 5
  • Ocena Nori: 5