Przeskocz do treści

pieczywo

Restauracja serwuje głównie kuchnie polską. Wybraliśmy się tu ze znajomymi więc nasze zamówienie jest zacne 🙂 zamawiamy: chłodnik, schabowy, nóżki w galarecie, placki ziemniaczane, rosół, zrazy i ciastko na deser.

Obsługa wspaniała! Kelnerka dobiera z nami dania, opowiadając o nich. Znajomy chciał zrazy i był rządny sosu, kelnerka zaproponowała sos pieczarkowy.

Dania bardzo dobre, chociaż proponuje drobne poprawki. Chłodnik mógłby być nieco mniej słony (może kucharz zakochany 😉 ) Rosół pyszny, prawdziwy, domowy. Zdziwiła mnie cena schabowego, bo kosztował aż 25 zł! Gdy dostałam danie zrozumiałam… był ogromny i bardzo dobry.

placki

Plackom z kolei brakowało ciut chrupkości i soli. Marchewka z groszkiem natomiast bardzo dobre - jak mojej mamy - pycha! Mizeria znakomita. Nie ma co wymyślać - dania mega domowe, pyszne. Można czuć się ugoszczonym. Norcia dostała wodę i przytulaski. Jedyne co nam nie smakowało to ciastko wuzetka. Miała coś czego nie znoszę mianowicie sztuczna śmietana...

Co więcej na koniec kelnerka zapytała jak nasze wrażenia. Bez fochów przyjęła nasze oceny, uwagi i powiedziała, że przekaże kucharzowi.

Kraken

To zadziwiające miejsce odwiedziliśmy pewnego ciepłego letniego wieczoru. Dlaczego zadziwiające? Już tłumaczę. Nazwałabym to miejsce - bistro. W środku mało przestrzeni, a miejsca siedzące są w większości wysokie - średnio wygodne. Jednak po dłuższym pobycie zaczynam rozumieć zamysł twórców. To jest miejsce, gdzie przychodzicie zjeść szybko, łyknąć coś i możecie iść dalej imprezować. W wystroju króluje drewno i akcenty morskie. Wszystko co jadłam było smaczne. Natomiast uważam, że ceny są nieco przesadzone, jak na ilość otrzymanej porcji. Nad niektórymi daniami można by jeszcze popracować - w szczególności zmniejszyć ilość tłuszczu. Jak pisałam wcześniej dania są na szybko więc część robiona w głębokim tłuszczu.

Krewetki z chorizo

Częstują wyśmienitymi krewetkami z chorizo! Obłęd! W zestawie mamy 2 grzanki. Kosztujemy kalmara w czarnej soczewicy (bardzo tłuste danie). Małże św. Jakuba podane na szpinaku (szpinak niestety też ociekał tłuszczem) z grzankami, a w połówce cytryny otrzymujecie sos. Niezłe, ale ledwo poczułam, że jadłam maleństwa takie 😀 Ogromnie smakował mi tatar ze śledzia, nie ma do czego się przyczepić. Dobrze doprawione z gorczycą, cebulką, śmietaną i czerwonym pieprzem. Kosztowaliśmy również ośmiorniczki z pomidorkami. Dla mnie gumowe, mężowi smakowały. Miejsce fajne, ma swój klimat i na pewno jeszcze tu wrócimy. Dania ładnie podane, ale nie spodziewajcie się dużych porcji. W mojej opinii ceny mogłyby być obniżone choć trochę.

Szprotki

Zapomniałabym! Na dobicie mąż zamówił smażone szprotki. Wybaczcie nie próbowałam, on, przyjaciółka oraz Nori zachwycali się tym tłustym-ostrym przysmakiem.

2

nori

Czas na inne odkrycia kulinarne - biegniemy do Shuk-a. Jest to wegetariańska kuchnia. Mój sceptyczny mąż (lubi mięcho) wyszedł najedzony i zadowolony więc to już dobra rekomendacja 🙂 Od razu w drzwiach miła kelnerka pyta, czy podać wodę dla pieska! Wow, zaczynamy miło, Nori dostaję miskę ze złotymi kosteczkami 😉 Zamawiamy miliard rzeczy, żeby popróbować. Zaciągnęła nas tu moja przyjaciółka, dla niej nie była to pierwsza wizyta.

Wszystkie porcje są malutkie (jeśli mówimy o przystawkach).

Zamawiamy: oliwki, arbuz, kozi ser, pierożki na ciepło, hummus w dwóch wersjach, marynowany burak, pite, szaszłyk z serem halloumi, halluomi burger, burger z serem mimolette.

burger mimolette

Zanim przejdę do dań, muszę napisać, że zachwycam się wystrojem tego miejsca. Dla samego wystroju wpadnijcie jest ślicznie, te kafeleczki, ozdoby nic nie jest przesadzone pasuje, jak ulał. Zachwycam się również faktem, że można kupić tu wynosiki (oliwki hummusiki itd.).

Jestem absolutną fanką sałatki z arbuzem, prze-pysz-ne! Z serem kozim z tymiankiem prostota, ale jaki smak. Mmm… Czuć, że hummusy robione na miejscu, rozpływają się w ustach, chyba bardziej mi smakował ten z bobem (lepiej doprawiony, lubię wyraziste smaki). Oliwki, można powiedzieć oliwka to oliwka, ale te były naprawdę dobre (nie ze słoika).

humus

Teraz pierożki, smażone w głębokim tłuszczu, nie mogę powiedzieć, że były złe, bo nie były, ale jak dla mnie za mało nadziane, trochę suche. A! do pierożków mamy sosiki. Bardzo dobry był szaszłyk z halloumi, podany z cytrusami, z kuskusem cytrynowo koperkowym posypane granatem.

smakołyki
smakołyki

Danie pyszne, ale z racji, że halloumi jest słone nie dałam rady zjeść. Kto się skusił?! NORI! Bardzo jej smakował 😀 Burger bardzo dobry, z prawdziwym grillowanym serem halloumi. Podany z frytkami i sałatką.

Restauracja była pełna ludzi, to chyba najlepsze podsumowanie. 🙂

 

steak

Jedziemy pod Warszawę. Kierunek Podkowa Leśna. Chcemy skosztować Argentyńskich specjałów. Miejsce wyjątkowe. Odwiedziliśmy tą restaurację latem, siadamy na zewnątrz. Obsługa informuje nas, że z pieskiem do środka nie można, więc dobrze, że jest ciepło 😉

Dostajemy czekadełko, pieczywo z oliwą z ziołami. Zamawiamy: kalmary, stek, ser (nie pamiętam oryginalnej nazwy) sałatkę, rybę, empanadas z mięsem, ceviche z ośmiornicy i słodkości, tiramisu oraz tarte z truskawkami.

Przejdźmy do konkretów, porcja kalmarów bardzo konkretna do tego smaczny sos. Moja ośmiornica była podana w małej kokijce a w niej małe ośmiornice z cebulą, sosem kolendra niezłe, lecz nieduże.

ceviche z ośmiornicy

Traktujemy to jako przystaweczkę. Ser grillowany jak ser… tłusty, ale bardzo dobry! Nie jest to wina restauracji sery tak maja ;)))) Mąż zachwycał się, ja nie jestem fanką roztopionych serów, ale fajnie smakowało ze świeżym pieczywem. Empanadas nieźle nadziane papryczkami, mięsem i posypane konkretną ilością natki pietruszki. Do zestawu mamy 3 sosy (guacamole, pomidorowy i jogurtowy). Stek? 1 klasa! Sałatka to miłe zaskoczenie, mamy solidną ilość sałaty, pomidory, ogórki, tuńczyk (nie z puszki, taki prawdziwy smażony), świeży ananas i dobry sos dopełniający całość. Nasz znajomy zachwycał się rybą (tak wszystko co zamówiliśmy było na 4 osoby;)). Podziwiałam oczami, fajnie zgrillowana cała rybka. O ciastach też mogę pisać ochy i achy. Nie lubię takich ciężkich przeładowanych ciast. Te były lekkie bardzo smaczne.

Trzeba nadmienić, że szef restauracji zna się ogromnie na winach nie bez kozery w nazwie mamy wina. Wybór ogromny. I o każdym możecie usłyszeć słowo bądź skosztować. Fakt, że restauracja się ceni. Natomiast produkty są 1 klasy, ogromne gratulacje dla szefa kuchni. Wpadajcie jak jest ciepło z psiakami (bo w środku nie można).

Oczywiście lista potrzebnych rzeczy będzie uzależniona od pory roku. To co uważam za niezbędne to:

  • Sól fizjologiczna (na przepłukanie oczek)
  • Octanisept (na odkażenie ran)
  • Nifuroksazyd (na żołądkowe przypadłości), oraz bakterie (tabletki jakie bierzemy przy antybiotykowej terapii), elektrolity
  • Coś na alergie (wapno czy allegra)
  • Gaziki, bandaż (najlepszy będzie taki zakupiony u weterynarza)
  • Nożyczki do paznokci
  • Ręcznik
  • Specjalny dinks na wyciąganie kleszczy
  • Podkłady (kiedyś Nori miała sensacje brzuszne, jak wychodziliśmy na posiłek rozkładaliśmy matę na „zaś”)
  • Torba dla psa (często podczas dłuuugich spacerów psina pada - można wrzucić do torby, odciążyć ręce)
  • Przysmaki
  • Jedzenie (wybieramy mniejsze puszki, gdyż nie zawsze mamy na wyjeździe lodówkę, bądź możliwość podgrzania jedzenia)
  • Kupworki 🙂
  • Dwie obroże, dwie smycze (jak się zmoczy mamy opcję wymiany)
  • Poidełko na wycieczki. W samochodzie na stałe jeździ z nami miska.

Wyjazd za granicę

Konieczny jest paszport! Wyrobicie go u weterynarza. Przed wyjazdem za granicę sprawdźcie jak dany kraj podchodzi do piesków. Są kraje, które mogą zatrzymać naszego pupila na „kwarantannę”, warto to sprawdzić.

Jazda samochodem

My niestety popełniliśmy błąd i jeździliśmy z małym brzdącem na kolanach. Nie dość, że jest to niebezpieczne to przy długiej podróży po prostu nie wygodne. Jak Nori już podrosła jeździ z tyłu. Zakupiliśmy specjalny pas wkładamy do pasów i piesek jest bezpieczny. Mamy to szczęście, że Nori nie ma choroby lokomocyjnej, a chęć wyjścia sygnalizuje piszczeniem.

Kleszcze i robaki

Wielu specjalistów, wiele opinii. Zachęcano nas do podawania tabletki słynnej na literę B. Wielu moich psich sąsiadów błagało mnie o zrezygnowanie z tego. Ratowali życie psiaków. Ta tabletka sieje zniszczenie w organizmie czworonoga. Nie! Stanowczo nie dam tego Norci. Działamy na dwa fronty mamy obrożę przeciwpchelną i przeciw kleszczową oraz wkraplamy raz na 3 miesiące kropelki na kark. Do tej pory udało się nic nie złapać.

Zima

Wtedy zabieramy ze sobą jeszcze ciepłe ciuchy. Sweter i kurtkę. Norcia nie jest typem psa, który lubi się przebierać, wkładamy w ostateczności. Tak, jak np. w górach, kiedy był śnieg po łydki i -20 stopni.

Nori

pad thai

Na spotkanie wybieram się sama z koleżanką, natomiast kelnerka zapewnia, że można tu przyjść z psem. Nori przechodzi rekonwalescencje po zabiegu sterylizacji, ale o tym w innym wpisie. Po wizycie mam pewne wątpliwości, czy aby na pewno można przyjść czworonogiem (piszę tak, gdyż komunikacja z kelnerką była tragiczna wiec nie mam pewności czy zrozumiała moje pytanie). Kartę mają sporą i kelnerów też pokaźną ilość. Nam się trafiła pani z plakietką uczę się. To nie istotne, ale problem polegał na tym, że pani nie mówiła za dobrze po polsku, więc porozumiewałyśmy się po polsku, angielsku i wietnamsku (nie znam tego ostatniego języka, ale twierdzę, że po wietnamsku rozumiałyśmy się najlepiej, pani angielski był też słaby). Zamawiamy na przystawki: Nem (makaron sojowy, wieprzowina, grzyby mun, kiełki soi, jajko-zawinięte w papier ryzowy, smażone w głębokim oleju), Goi cuon tom (makaron ryzowy bun, mango, krewetki, warzywa zawinięte w papier ryżowy), Pho xao tom (makaron ryżowy pho smażony z krewetkami, bambusem, fasolką szparagową, grzybami mun, pieczarkami i czerwoną papryką), Shrimp pad tai (makaron ryżowy smażony z krewetkami, jajkiem, tofu, kiełkami, kolendrą, z sosem z tamaryndowca i orzechami). Ostatnia pozycja jest dla mnie. Tłumaczę kelnerce, że ma być bez orzechów, bo mogą mnie udusić (nieznośna alergia pokarmowa). Siedzimy na zewnątrz, obserwuje wychodzące dania z kuchni.

nem

Zaniepokoiły mnie ładne zawiniątka z których ewidentnie prześwitywała surowa marchewka. Biorę menu biegnę do kelnerki i pytam ją czy moja przystawka, aby na pewno jest bez marchewki (znowu alergia). Pani nie miała pewności, dlatego konsultuje się z szefem w swoim ojczystym języku. Patrzy na mnie i stwierdza „without carrot”. Proszę, o jeszcze jedno potwierdzenia i otrzymuje je. Zasuwam do koleżanki, chwilę później kelnerka przychodzi z przystawkami i tu konsternacja. Widzę panią z talerzem a na nim moje sajgonki z carrot. Ona patrzy na mnie ja na nią - O jednak jest carrot - mówi kelnerka. Ręce mi opadły i mówię poproszę to bez marchewki. Po chwili, otrzymuje informacje, że kuchnia nie zrobi mi bez marchewki, uwaga, bo oni już mają takie przygotowane. Tadam! Jak byliśmy w Sajgonce kiedyś w odwiedzinach wykonywałam sama te zawiniątka, trwało to chwile, wystarczy trochę dobrej woli, ale nie to nie podziękowałam za to danie. Nem było dobre, gorące piekielnie, gdyż wyszło z kąpieli w oleju. Przyszła pora na dania główne. Pho z krewetkami bardzo dobry, dobry w smaku, ale nie przypominało to prawdziwego pad thai-a, raczej porównałabym to do spaghetti po tajsku. Shrimp pad thaj (bez orzechów) był z orzechami. Błagam litości, możecie mnie zabić. Bogu dzięki to były orzechy ziemne (te akurat mogę jeść). Mimo wszystko w pierwszym odruchu gryząc orzecha poczułam paraliż - po prostu bardzo się przestraszyłam. Chciałam stamtąd uciekać. Jeśli chodzi o sam smak to nie było tragedii, jednak nie dałam rady zjeść do końca - zbyt słodki. Wspomnę również o innej klientce. Siedziała za nami młoda mama, w wózku dzieciątko. Przysięgam ta kobieta siedziała prawie 30 min, żaden kelner się nie zainteresowała. Moja koleżanka jak lwica woła kelnera i mówi, że ta pani już bardzo długo czeka (ważne jest to, że ta pani wołała wiele razy przechodzących kelnerów), czy mógłby ktoś ją obsłużyć. Kelner z nerwem podaje pani kartę i dodaje to nie jest mój rewir. Słabe, bardzo zniechęcające. Nie chce skreślać tej restauracji, powtórzę wizytę z Nori, na pewno, dam im drugą szansę, oby wypadli lepiej. Jak na razie, jak dla mnie Wi-taj powinno zmienić nazwę na Że-gnaj.

Okolica, kwiatuszki dla mamy

Lipiec 2018 roku, odwiedzamy Hotel Przystań & SPA w Olsztynie. Zachwycam się tym miejscem!! Pokój mamy z wyjściem na prywatny pomost. Nori jak wyszła po raz pierwszy na niego oszalała z radości! Woda! Woda! Wskakiwała i wyskakiwała była przeszczęśliwa. Jedyny mankament naszego psiaka jest taki, że ona najchętniej witałaby się z każdym w szczególności z dziećmi. Mimo, iż pomost jest niezależnym wyjściem z pokoju to jest połączony z innymi przez co nasza psina miała łatwy dostęp do sąsiadów. Na szczęście wszyscy sąsiedzi byli psiolubni. Niestety później wychodziła już na smyczy, w końcu każdy wyjeżdża wypoczywać i potrzebuje spokoju 🙂

Pokój i gościnność

Zacznijmy od pierwszego dnia w hotelu, po wejściu do pokoju zbierałam szczękę z podłogi. Przed nami stoi łóżeczko dla psa i miska. WOW!!! Gościnność dla czworonożnych gości jest ogromna! I teraz warto od razu napisać, że tak samo zbierałam szczękę z wrażenia, jeśli chodzi o obsługę hotelową. Każdy mówi Dzień dobry, jest miły, serdeczny i zawsze chętny do pomocy. Dlaczego jestem w szoku? Podczas ferii zimowych byliśmy w Zakopanym, w Mercury, gdzie po naszym kilku krotnym dzień dobry czy dziękuję, nigdy nie słyszeliśmy odpowiedzi, a w tym hotelu obsługa zawsze sama inicjowała serdeczności.

Hotel, widok z pokoju

Standard pokoju na bardzo wysokim poziomie, piękne betonowe ściany, czyste wykładziny. Nie ma niepotrzebnych bibelotów.

Ile ludzi tyle opinii

Hotel, pomost

Przed przyjazdem poczytaliśmy trochę opinie na Tripie. Było kilka negatywnych odnośnie hałasu pociągów. Rzeczywiście tory są tuż obok hotelu. Będąc w pokoju nie słyszałam pociągów. Szyby muszą być wyciszające. Siedząc na leżaku na pomoście już słychać pociągi, na szczęście rzadko jeździły, więc dla nas nie był to żaden problem. Dla osób z balkonami od strony torów, faktycznie rozumiem, jest to pewnego rodzaju dyskomfort. Drugi zarzut jaki przeczytałam to fakt, że hotel organizuje śluby, które przeszkadzają w odpoczywaniu. Podczas naszego pobytu zdarzył nam się ślub. Muzyka niosła się owszem (w końcu jesteśmy nad jeziorem), ale absolutnie nie była tak głośna, tak żeby przeszkadzała. Co więcej, nie spotkałam ani razu gości weselnych. Każdy miał swoją przestrzeń. Nawet, co jest dużym plusem, można było skorzystać z restauracji Przystań, gdzie odbywało się wesele - tu wielki plus dla hotelu, weselnicy byli w innej części, a goście restauracji  w osobnej części (wyciszonej).

Hotel i otoczenie

Sam hotel ma niesamowity wygląd, swoją strukturą i kolorem wtapia się w tło otoczenia. Nie jest kolejnym hotelem, który się wyróżnia w sposób nienaturalny.  Położony jest nad jeziorem Ukiel. Architekt naszym zdaniem bardzo szanował środowisko i przystosował do niego architekturę hotelu.

Hotel

Wielki szacunek dla miasta Olsztyn. Plaża miejska bardzo zadbana, wszędzie są takie same ławki, pomosty wybudowane w jeden konsekwentny sposób. Co więcej, pomosty wieczorami są oświetlane co nadaje wyjątkowości.

Jest to idealne miejsce na wakacje z czworonogiem 🙂

Restauracje

Port, pierożki dim sum

Jeśli chcemy coś zjeść, mamy na miejscu do wyboru dwie restauracje: Restauracja Port i Restauracja Przystań. Ta pierwsza mieści się w budynku hotelu. W godzinach porannych serwowane są tu śniadania, a po południu, można spróbować lokalnych piw, różnych win i dań różnych kuchni świata, z przewagą kuchni azjatyckiej -  jak wyjaśniła obsługa właśnie kuchnia azjatycka jest tą główną.  Z pieskiem niestety można być tylko w ogrodzie zimowym lub na zewnątrz. Śniadania w Porcie wyśmienite, ogromny wybór WSZYSTKIEGO, a do tego na życzenie jajecznica lub omlet robiony wedle uznania z wybranymi składnikami. Obiad jedliśmy tam 2 razy, raz też zamawialiśmy kolacje do pokoju. Próbowaliśmy: pierożki dim sum z krewetkami podawane z trzema sosami (ostry, wasabi i słodki), krewetki w cieście filo, pad thai, filet z dorsza, tatar z tuńczyka, tatar wołowy, risotto z chorizo i łososiem, tajską zupę. Przed zamówieniem dań zawsze goście otrzymują czekadełko - hummus z pieczywem. Odnośnie dań. Dim sum - godne polecenia, podane jak trzeba w bambusowych koszykach, podane z orzeźwiającą sałatką z ogórka zielonego.

Krewetki w cieście filo, zwyczajne, po prostu. Krewetki są zawijane ciastem filo (ciasto przypomina wyglądem makaron spaghetti) i następnie zażywają kąpieli w tłuszczu, dzięki czemu ciasto robi się złote i chrupiące. Denerwowało mnie tylko ściąganie ogonków, cała się upaprałam tylko.

Port, Pad Thai

Pad thai był świetny, solidna porcja, zamawiałam go dwa razy. Za drugim razem poprosiłam, aby był bardziej ostry niż słodki (za 1 razem zasłodziłam się) kucharz spełnił moją prośbę, spisał się na 5 🙂 Filet z dorsza - wyśmienity, delikatne mięso, podane z czerwonym pieprzem, czarnym ryżem i warzywami. Mąż był zachwycony! Tatar dobry, po prostu. Risotto z chorizo w komplecie ze smażonym łososiem w panierce, smaczne, ale trochę za tłuste. Zupa tajska niestety nie przypadła mi do gustu. Nie była taka jak być powinna. Czuć było, że jem rosół, do którego powrzucane są dodatkowe produkty: ogromna ilość marchewki (i ona właśnie definiowała smak zupy), makaron sojowy, kapusta bok choi, dwa pulpety cielęce, dwa pierożki z krewetkami, kolendra i sezam. Moim zdaniem te produkty spotkały się ze sobą tuż przed podaniem, brakowało mi tam związanego smaku, brakowało mi ostrości, smaku imbiru, trawy cytrynowej wszystkiego tego co jest właśnie tajskie. Zupie tajskiej mówimy stanowcze nie, za to tatar z tuńczyka smakował bardzo. Podsumowując, smacznie. Ogromne gratulacje za sposób podania wszystkich dań. Imponujące.

Druga restauracja - Przystań - mieści się na terenie hotelu, ale w osobnym budynku. Tu gościliśmy częściej. Restauracja Przystań, ma zdecydowanie większy wybór dań. Kosztowaliśmy: rybę św. Piotra, tatar wołowy, tatar z łososia, chłodnik, pastę, carpaccio z polędwicy, krewetki z masłem czosnkowym.

Przystań, krewetki

Według obsługi ta restauracja serwuje dania głównie kuchni śródziemnomorskiej.  Sprawdzamy! Na wstępie nadmienię, że tu bardziej lubią pieski. Nie ma ograniczeń co do tego gdzie usiądziemy, a na wstępie obsługa pyta o wodę dla pieska. Wracając do jedzenia tatar z łososia był dobry, ułożony w gniazdku z awokado i puszystą pianką z ricotty. Zazwyczaj spotykam się z tatarem z łososia w innej formie np. z kaparami czy ogórkiem kiszonym z szalotka. Smak tatara z Przystani był bardzo delikatny. Troszkę brakowało mi tam pieprzu, soli. Był bardzo sauté. Carpaccio z polędwicy posypane parmezanem z dodatkiem kurek - wyborne! Maż zachwycał się rybą św. Piotra (zamawiał kilka razy;) ), mięso ryby  bardzo delikatne doprawione ziołami. Do niej można zamówić, co dusza zapragnie: frytki, frytki crispy, ziemniaki, mizerię, szpinak z migdałami, surówki, warzywa z wody itd. Czas na krewetki, takiego podania jeszcze nie spotkałam. W małej kokilce masełko z czosnkiem, obok krewetki i kawałek bagietki. Krewetki miały nieziemskie miękkie mięso, można było zatapiać w rozpuszczonym maśle z czosnkiem.

Przystań, ryba św. Piotra

Podczas naszej drugiej wizyty w restauracji zrozumiałam, że kucharz jest chyba zakochany 😉 Chłodnik pyszny, ale niestety za słony, gęściutki, wypełniony porządnie, tylko ta sól… Po takich wspaniałych rekomendacjach mojego męża odnośnie ryby kuszę się na nią. Mega porcja! Mega! Do ryby domawiam świeży szpinak z migdałami. Niestety szpinak ma to do siebie, że chłonie wszystko. Mój był tak potwornie tłusty, że jedząc czułam olej - aż cały się błyszczał. Próbowałam go uratować wyciskałam tłuszcz w serwetki, ale mimo to smak oleju był nie do zniesienia. Nie mam zwyczaju tego robić, ale proszę o wymianę. I dostaje, bez oleju, smaczny.

Wędzone ryby

Przed wyjazdem, pytamy w recepcji, gdzie możemy zakupić wędzone rybki. Recepcjonistka z przykrością mówi, że nie zna w Olsztynie miejsca, gdzie można kupić świeże, wędzone ryby, podaje nam za to miejscowość Szwaderki - tam powinniśmy dostać to czego szukamy :). Odbiliśmy z trochę z trasy i jedziemy na Szwaderki. Rzeczywiście, nie dość, że była tam smażalnia to jeszcze 2 sklepy. Jeden z wędzonymi rybami, drugi ze świeżymi. Przy parkingu można było zakupić lokalne miody.

Trattoria

Tym razem nie przypadek, a polecenie znajomej prowadzi nas do Trattoria da Antonio. Słyszałam same dobre rzeczy na temat tej restauracji, tak więc z entuzjazmem idziemy. Jest ciepły letni wieczór, stoimy przy restauracji, kelnerzy kręcą się przechodzą obok nas, nikt nie zaprasza. Dziwne. Nadmienię, że restauracja nie była wcale oblegana tego wieczoru. Mam nadzieję, że to była jednorazowa akcja kelnerów. Minęło trochę czasu zanim kelner zaprosił nas do stolika. Kelner zaciera pierwsze złe wrażenie. Miły, uprzejmy, podaje karty, pyta, czy podać wodę dla pieska. Zamawiamy, foccacie (focaccia ai due pesti), antipasto di bufala, risotto z owocami morza (risotto mare), szparagi z parmezanem i Polędwiczkę z dorsza (Merluzzo alla sicula). Mąż jest fanem foccaci, dlatego często po nią sięga.

Focaccia

Te u Antonia były z dodatkiem pesto: pesto zielonym i czerwonym. Krucha z grubo ziarnistą solą. Przystawka dla niego nie dla mnie. Ja celuję w szynkę parmeńska z mozzarellą. Produkty - klasa, wysoka jakość. Ogromnie brakowało mi w przystawce kropki nad i mianowicie sosu! Sama polałam sosem balsamicznym. Mozzarella mokra, rozpadała się ze świeżości. Rewelacja. Czas na dorsza, tu się trochę poczepiam. Sama ryba wyborna, rozpływała się w ustach (Nori też pojadła) Mięciusieńka- bardzo delikatne mięso. Natomiast sos, w której była utopiona był potwornie ciężki. W sosie mamy karczochy, oliwki, cebule, pomidory, ale musiało być jeszcze coś co nadawało daniu ciężkości. Szparagi z parmezanem - kulinarny sztos! Niby tylko szparagi, ale były obłędne, słodkie, idealnie gotowane. Risotto niestety było trochę za bardzo al dente. Brakowało mu trochę dosłownie chwili na ogniu. Pomimo tych naprawdę kilku drobnostek to z czystym sumieniem stwierdzamy, że warto tu przyjść. Liczę, że będzie obsługiwać Was ten sam kelner co nas 😉

Nori

Spotkanie ze znajomymi, tym razem we włoskiej restauracji. Konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Odwiedzamy Trattoria Rucola na Kruczej. Matko, przysięgam, dawno tak dobrze nie jedliśmy! O tym za chwilę. Obsługa bardzo miła, można poczuć się ugoszczonym i mile widzianym. Mieliśmy rezerwację w środku, pogoda jednak dopisała wiec prosimy o stolik na zewnątrz - nie było problemu. Wspaniale, że część restauracyjna jest oddzielona od ulicy białymi skrzyniami z ziołami, które dają poczucie intymności. Jest nas czwórka, więc jedzenia będzie pokaźna ilość. Zamawiamy: mozzarellę di bufala, foccacię, Carpaccio z ośmiornicy (carpaccio di polipo), Carpaccio z polędwicy wołowej (grande carpaccio), szynka parmeńska z melonem (prosciutto crudo e melone), bruschetty z karczochem (bruschetta Bresa), pizza gamberi, pizza chili, ośmiornica (polipo alla livo), crème brûlée, tiramisu, pannacottę. Wszystkim się dzielimy i kosztujemy po trochu. Szykujcie się będą same ochy i achy.

Mozzarella di bufala

Mozzarella mokra, prawdziwa, pyszna, podana na pomidorkach koktajlowych (concasse). Pierwszy raz takie coś jadłam pomidorki były jakby zamarynowane. Całość polana gęstym sosem balsamicznym towarzyszy temu grzanka. Prosciutto pyszne, prawdziwe, melon słodki, całość również polana sosem balsamico. Carpaccio cieniusieńkie, a do tego mamy kapary, rukolę, ser grana padano i sos. Bruschetta Bresa miała na sobie pastę z oliwek, karczocha i włoską szynkę (ta przystawka była ciut za sucha) bardzo smaczne. Pizze to jakiś obłęd! Wspaniałe cienkie ciasto (nie znoszę grubej buły, którą się mieli i mieli i końca nie widać), czuć wszystkie produkty, które się łączą wybornie. Danie z ośmiornicą to propozycja sezonowa. Na talerzu mamy dwie pokaźne zgrillowane macki oblane sosem pomidorowym (z oliwkami, kaparami) przykryte dwiema grzankami. Ośmiornica rozwaliła system.

Ośmiornica

Nie była przeciągnięta - była w punkt, mięciutka wyborna. Na dobicie, zamawiamy desery. Tiramisu - niebo w gębie, crème brûlée i pannacotta również. Nie spróbujecie nie uwierzycie. Reasumując, nie dziwię się, że trzeba robić rezerwacje, żeby tu zjeść. Czuliśmy się ugoszczeni tak prawdziwie po włosku - bez nadęcia. Produkty wysokiej klasy. Powiem wam coś jeszcze, coś co mnie ujęło. Podczas gdy jedliśmy te pyszności zwróciłam uwagę na kelnerów. Dostali z kuchni misę muli. Podchodzili z talerzami i częstowali się. Ktoś mógłby powiedzieć, co to ma znaczyć oni są w pracy itd. Nic podobnego uważam to za coś wspaniałego, prawdziwie po włosku. Ta sytuacja tylko mnie umocniła, że jest tu wspaniała atmosfera, do której z pewnością będziemy wracać wielokrotnie. Nori dostała wodę i przytulasy od kelnerów! Dziękujemy i do zobaczenia! 🙂 Będziemy wracać bo naprawdę warto!

 

przed nużeńcem

W momencie, gdy Nori zawitała w naszym domku miała 3 miesiące. Cieszyliśmy się każdą chwilą - jak z dzieckiem. Taki gamoń mały słodki, cieszyły nas jej wariactwa jej falka (usypiając łapała w pysia kocyk, a łapkami robiła falkę - wydaje mi się, że to jej dawało poczucie bezpieczeństwa, tak jakby ssała sutek mamy). Byliśmy i wciąż jesteśmy zachwyceni jej postępami. Pewnego dnia zauważyliśmy na jej pysiu małe wytarcie sierści. Z racji, że nie wiedzieliśmy co nas czeka nie przejmowaliśmy się bardzo, po ta plamka była naprawdę maleńka. To wszystko dla nas było nowe, Nori i chorowanie. Obserwowaliśmy plamkę, która się powiększała i do tego pojawiały po kilku dniach pojawiły się nowe. Stwierdziliśmy, że trzeba to skonsultować z lekarzem. Nie zwlekając dłużej udaliśmy się do pobliskiej lecznicy. Lekarz obejrzał ją i mówi „Nużeniec, podamy krople i minie”.

pogarsza się

Wiecie to jest tak, że jak idę do lekarza/weterynarza to obdarzam go pewnym zaufaniem. Ja na tym się nie znam, więc bierzemy polecane krople, zakraplamy na kark, płacimy i wychodzimy. Wychodząc miałam jakieś wątpliwości, poza tym hasło nużeniec było dla mnie jakąś abstrakcją! Na moje pytanie co to jest, usłyszałam, że to są pasożyty, które najpewniej ma od matki - każdy pies je ma. W niektórych przypadkach mogą się uaktywnić, ale nie muszą. Czując niedosyt wiedzy w domu przeszukałam Internet. Muszę się Wam przyznać, że te krople też nie dawały mi spokoju, na opakowaniu narysowany kot, a samych kropel były chyba 3 ml. Nie marudzę zakraplam i obserwuje psa. Z każdym dniem plamy na pysiu powiększają się, więc lecimy znowu do wete. Tym razem trafiamy na innego lekarza. Dajemy mu szanse. (na nasze szczęście ten już tam nie pracuje, a teraz Nori zajmuje się najwspanialsza pani weterynarz w tej samej klinice). Patrzy na nią i daję taką samą diagnozę nużeniec. Dodaje jestem raczej pewny, że to to ale pobierzemy wyskrobinę żeby laboratoryjnie sprawdzić, wiecie może wyjść negatywny wynik, ale to nużeniec. Wyobraźcie sobie naszą reakcję i zwiększające się oczy ze zdziwienia. To po co to robić? Jednak to jest lekarz wie co robi. I bardzo, ale to bardzo żałuję, że do tego dopuściliśmy. On podchodzi do małej ze skalpelem trzyma ja na siłę, ja się trzęsę z nerwów a on tym okropnym skalpelem robi tą swoją cholerną wyskrobinę przy oczku na pysiu. Nori dostaje jeszcze zastrzyk, wychodzimy mówię dość. Tak jak szanowny pan weterynarz powiedział wcześniej badania laboratoryjne wykazały wynik negatywny. Plamy się powiększały, a mała coraz bardziej drapała się po pysiu, miejscami aż do krwi. Obrażona na tą klinikę mówię, że więcej tam nie wrócę tylko maltretują psa i nie pomagają (podkreślam, że to były czasy, kiedy pracował ten lekarz). Byliśmy załamani.

pogarsza się

Nori się drapała, robiły się rany te jej przeszkadzały, robiły się strupy które zdrapywała. Boże koszmar! Szybko przypomina mi się koleżanka, która jest psią rehabilitantką, pracuje w klinice. Piszę do niej z błaganiem o pomoc. Co robić pytam! Ona mówi, nie czekajcie przyjedźcie czym prędzej. Klinika daleko, bo w Józefosławiu, ale warto. Ten lekarz sławi się w ratowaniu zwierząt. Istny pasjonat, magik i zbawca! Pan doktor wita nas z radością. Napisałam nas? Haha NORI.

kropelki nie pomagają

I pyta
co Cię tak mole pogryzły? OOOOooo nużeńca masz. Opowiadamy panu doktorowi cała historię, on oczywiście przyznał mi rację, że tamte kropelki nie miały prawa zadziałać, przy tak rozwiniętym nużeńcu, a robienie wyskrobiny było bezsensu i narażały szczeniaka na niepotrzebny stres. Dodał, że pozbędziemy się robaka, potrwa to 6 tygodni ale się go pozbędziemy. Dostaliśmy specjalny zastrzyk, tabletki przeciw świądowi, żeby przestała się drapać i specjalny płyn do smarowania miejsc dotkniętych przez robala. Podawaliśmy lekarstwa, smarowaliśmy, a co tydzień jeździliśmy do Józefosławia na zastrzyk. Wypędził robala, nużeniec pokonany! Niestety została mała blizna przez tą cholerną wyskrobinę, ale najważniejsze, że pies jest zdrowy. Panu doktorowi bardzo dziękujemy - nasz zbawca z wielkim sercem.

Po tym wszystkim, szukaliśmy przyczyny. Nasz wybawiciel potwierdza, że to od matki, ale Nori musiała mieć spadek odporności, dlatego pasożyty się uaktywniły. I tak właśnie było, przed atakiem nużeńca, umyliśmy Nori szamponem dla psów przeciw pasożytom. Po nim miała silną reakcję alergiczną i to był ten moment, kiedy odporność się obniżyła.