Przeskocz do treści

pad thai

Na spotkanie wybieram się sama z koleżanką, natomiast kelnerka zapewnia, że można tu przyjść z psem. Nori przechodzi rekonwalescencje po zabiegu sterylizacji, ale o tym w innym wpisie. Po wizycie mam pewne wątpliwości, czy aby na pewno można przyjść czworonogiem (piszę tak, gdyż komunikacja z kelnerką była tragiczna wiec nie mam pewności czy zrozumiała moje pytanie). Kartę mają sporą i kelnerów też pokaźną ilość. Nam się trafiła pani z plakietką uczę się. To nie istotne, ale problem polegał na tym, że pani nie mówiła za dobrze po polsku, więc porozumiewałyśmy się po polsku, angielsku i wietnamsku (nie znam tego ostatniego języka, ale twierdzę, że po wietnamsku rozumiałyśmy się najlepiej, pani angielski był też słaby). Zamawiamy na przystawki: Nem (makaron sojowy, wieprzowina, grzyby mun, kiełki soi, jajko-zawinięte w papier ryzowy, smażone w głębokim oleju), Goi cuon tom (makaron ryzowy bun, mango, krewetki, warzywa zawinięte w papier ryżowy), Pho xao tom (makaron ryżowy pho smażony z krewetkami, bambusem, fasolką szparagową, grzybami mun, pieczarkami i czerwoną papryką), Shrimp pad tai (makaron ryżowy smażony z krewetkami, jajkiem, tofu, kiełkami, kolendrą, z sosem z tamaryndowca i orzechami). Ostatnia pozycja jest dla mnie. Tłumaczę kelnerce, że ma być bez orzechów, bo mogą mnie udusić (nieznośna alergia pokarmowa). Siedzimy na zewnątrz, obserwuje wychodzące dania z kuchni.

nem

Zaniepokoiły mnie ładne zawiniątka z których ewidentnie prześwitywała surowa marchewka. Biorę menu biegnę do kelnerki i pytam ją czy moja przystawka, aby na pewno jest bez marchewki (znowu alergia). Pani nie miała pewności, dlatego konsultuje się z szefem w swoim ojczystym języku. Patrzy na mnie i stwierdza „without carrot”. Proszę, o jeszcze jedno potwierdzenia i otrzymuje je. Zasuwam do koleżanki, chwilę później kelnerka przychodzi z przystawkami i tu konsternacja. Widzę panią z talerzem a na nim moje sajgonki z carrot. Ona patrzy na mnie ja na nią - O jednak jest carrot - mówi kelnerka. Ręce mi opadły i mówię poproszę to bez marchewki. Po chwili, otrzymuje informacje, że kuchnia nie zrobi mi bez marchewki, uwaga, bo oni już mają takie przygotowane. Tadam! Jak byliśmy w Sajgonce kiedyś w odwiedzinach wykonywałam sama te zawiniątka, trwało to chwile, wystarczy trochę dobrej woli, ale nie to nie podziękowałam za to danie. Nem było dobre, gorące piekielnie, gdyż wyszło z kąpieli w oleju. Przyszła pora na dania główne. Pho z krewetkami bardzo dobry, dobry w smaku, ale nie przypominało to prawdziwego pad thai-a, raczej porównałabym to do spaghetti po tajsku. Shrimp pad thaj (bez orzechów) był z orzechami. Błagam litości, możecie mnie zabić. Bogu dzięki to były orzechy ziemne (te akurat mogę jeść). Mimo wszystko w pierwszym odruchu gryząc orzecha poczułam paraliż - po prostu bardzo się przestraszyłam. Chciałam stamtąd uciekać. Jeśli chodzi o sam smak to nie było tragedii, jednak nie dałam rady zjeść do końca - zbyt słodki. Wspomnę również o innej klientce. Siedziała za nami młoda mama, w wózku dzieciątko. Przysięgam ta kobieta siedziała prawie 30 min, żaden kelner się nie zainteresowała. Moja koleżanka jak lwica woła kelnera i mówi, że ta pani już bardzo długo czeka (ważne jest to, że ta pani wołała wiele razy przechodzących kelnerów), czy mógłby ktoś ją obsłużyć. Kelner z nerwem podaje pani kartę i dodaje to nie jest mój rewir. Słabe, bardzo zniechęcające. Nie chce skreślać tej restauracji, powtórzę wizytę z Nori, na pewno, dam im drugą szansę, oby wypadli lepiej. Jak na razie, jak dla mnie Wi-taj powinno zmienić nazwę na Że-gnaj.

Okolica, kwiatuszki dla mamy

Lipiec 2018 roku, odwiedzamy Hotel Przystań & SPA w Olsztynie. Zachwycam się tym miejscem!! Pokój mamy z wyjściem na prywatny pomost. Nori jak wyszła po raz pierwszy na niego oszalała z radości! Woda! Woda! Wskakiwała i wyskakiwała była przeszczęśliwa. Jedyny mankament naszego psiaka jest taki, że ona najchętniej witałaby się z każdym w szczególności z dziećmi. Mimo, iż pomost jest niezależnym wyjściem z pokoju to jest połączony z innymi przez co nasza psina miała łatwy dostęp do sąsiadów. Na szczęście wszyscy sąsiedzi byli psiolubni. Niestety później wychodziła już na smyczy, w końcu każdy wyjeżdża wypoczywać i potrzebuje spokoju 🙂

Pokój i gościnność

Zacznijmy od pierwszego dnia w hotelu, po wejściu do pokoju zbierałam szczękę z podłogi. Przed nami stoi łóżeczko dla psa i miska. WOW!!! Gościnność dla czworonożnych gości jest ogromna! I teraz warto od razu napisać, że tak samo zbierałam szczękę z wrażenia, jeśli chodzi o obsługę hotelową. Każdy mówi Dzień dobry, jest miły, serdeczny i zawsze chętny do pomocy. Dlaczego jestem w szoku? Podczas ferii zimowych byliśmy w Zakopanym, w Mercury, gdzie po naszym kilku krotnym dzień dobry czy dziękuję, nigdy nie słyszeliśmy odpowiedzi, a w tym hotelu obsługa zawsze sama inicjowała serdeczności.

Hotel, widok z pokoju

Standard pokoju na bardzo wysokim poziomie, piękne betonowe ściany, czyste wykładziny. Nie ma niepotrzebnych bibelotów.

Ile ludzi tyle opinii

Hotel, pomost

Przed przyjazdem poczytaliśmy trochę opinie na Tripie. Było kilka negatywnych odnośnie hałasu pociągów. Rzeczywiście tory są tuż obok hotelu. Będąc w pokoju nie słyszałam pociągów. Szyby muszą być wyciszające. Siedząc na leżaku na pomoście już słychać pociągi, na szczęście rzadko jeździły, więc dla nas nie był to żaden problem. Dla osób z balkonami od strony torów, faktycznie rozumiem, jest to pewnego rodzaju dyskomfort. Drugi zarzut jaki przeczytałam to fakt, że hotel organizuje śluby, które przeszkadzają w odpoczywaniu. Podczas naszego pobytu zdarzył nam się ślub. Muzyka niosła się owszem (w końcu jesteśmy nad jeziorem), ale absolutnie nie była tak głośna, tak żeby przeszkadzała. Co więcej, nie spotkałam ani razu gości weselnych. Każdy miał swoją przestrzeń. Nawet, co jest dużym plusem, można było skorzystać z restauracji Przystań, gdzie odbywało się wesele - tu wielki plus dla hotelu, weselnicy byli w innej części, a goście restauracji  w osobnej części (wyciszonej).

Hotel i otoczenie

Sam hotel ma niesamowity wygląd, swoją strukturą i kolorem wtapia się w tło otoczenia. Nie jest kolejnym hotelem, który się wyróżnia w sposób nienaturalny.  Położony jest nad jeziorem Ukiel. Architekt naszym zdaniem bardzo szanował środowisko i przystosował do niego architekturę hotelu.

Hotel

Wielki szacunek dla miasta Olsztyn. Plaża miejska bardzo zadbana, wszędzie są takie same ławki, pomosty wybudowane w jeden konsekwentny sposób. Co więcej, pomosty wieczorami są oświetlane co nadaje wyjątkowości.

Jest to idealne miejsce na wakacje z czworonogiem 🙂

Restauracje

Port, pierożki dim sum

Jeśli chcemy coś zjeść, mamy na miejscu do wyboru dwie restauracje: Restauracja Port i Restauracja Przystań. Ta pierwsza mieści się w budynku hotelu. W godzinach porannych serwowane są tu śniadania, a po południu, można spróbować lokalnych piw, różnych win i dań różnych kuchni świata, z przewagą kuchni azjatyckiej -  jak wyjaśniła obsługa właśnie kuchnia azjatycka jest tą główną.  Z pieskiem niestety można być tylko w ogrodzie zimowym lub na zewnątrz. Śniadania w Porcie wyśmienite, ogromny wybór WSZYSTKIEGO, a do tego na życzenie jajecznica lub omlet robiony wedle uznania z wybranymi składnikami. Obiad jedliśmy tam 2 razy, raz też zamawialiśmy kolacje do pokoju. Próbowaliśmy: pierożki dim sum z krewetkami podawane z trzema sosami (ostry, wasabi i słodki), krewetki w cieście filo, pad thai, filet z dorsza, tatar z tuńczyka, tatar wołowy, risotto z chorizo i łososiem, tajską zupę. Przed zamówieniem dań zawsze goście otrzymują czekadełko - hummus z pieczywem. Odnośnie dań. Dim sum - godne polecenia, podane jak trzeba w bambusowych koszykach, podane z orzeźwiającą sałatką z ogórka zielonego.

Krewetki w cieście filo, zwyczajne, po prostu. Krewetki są zawijane ciastem filo (ciasto przypomina wyglądem makaron spaghetti) i następnie zażywają kąpieli w tłuszczu, dzięki czemu ciasto robi się złote i chrupiące. Denerwowało mnie tylko ściąganie ogonków, cała się upaprałam tylko.

Port, Pad Thai

Pad thai był świetny, solidna porcja, zamawiałam go dwa razy. Za drugim razem poprosiłam, aby był bardziej ostry niż słodki (za 1 razem zasłodziłam się) kucharz spełnił moją prośbę, spisał się na 5 🙂 Filet z dorsza - wyśmienity, delikatne mięso, podane z czerwonym pieprzem, czarnym ryżem i warzywami. Mąż był zachwycony! Tatar dobry, po prostu. Risotto z chorizo w komplecie ze smażonym łososiem w panierce, smaczne, ale trochę za tłuste. Zupa tajska niestety nie przypadła mi do gustu. Nie była taka jak być powinna. Czuć było, że jem rosół, do którego powrzucane są dodatkowe produkty: ogromna ilość marchewki (i ona właśnie definiowała smak zupy), makaron sojowy, kapusta bok choi, dwa pulpety cielęce, dwa pierożki z krewetkami, kolendra i sezam. Moim zdaniem te produkty spotkały się ze sobą tuż przed podaniem, brakowało mi tam związanego smaku, brakowało mi ostrości, smaku imbiru, trawy cytrynowej wszystkiego tego co jest właśnie tajskie. Zupie tajskiej mówimy stanowcze nie, za to tatar z tuńczyka smakował bardzo. Podsumowując, smacznie. Ogromne gratulacje za sposób podania wszystkich dań. Imponujące.

Druga restauracja - Przystań - mieści się na terenie hotelu, ale w osobnym budynku. Tu gościliśmy częściej. Restauracja Przystań, ma zdecydowanie większy wybór dań. Kosztowaliśmy: rybę św. Piotra, tatar wołowy, tatar z łososia, chłodnik, pastę, carpaccio z polędwicy, krewetki z masłem czosnkowym.

Przystań, krewetki

Według obsługi ta restauracja serwuje dania głównie kuchni śródziemnomorskiej.  Sprawdzamy! Na wstępie nadmienię, że tu bardziej lubią pieski. Nie ma ograniczeń co do tego gdzie usiądziemy, a na wstępie obsługa pyta o wodę dla pieska. Wracając do jedzenia tatar z łososia był dobry, ułożony w gniazdku z awokado i puszystą pianką z ricotty. Zazwyczaj spotykam się z tatarem z łososia w innej formie np. z kaparami czy ogórkiem kiszonym z szalotka. Smak tatara z Przystani był bardzo delikatny. Troszkę brakowało mi tam pieprzu, soli. Był bardzo sauté. Carpaccio z polędwicy posypane parmezanem z dodatkiem kurek - wyborne! Maż zachwycał się rybą św. Piotra (zamawiał kilka razy;) ), mięso ryby  bardzo delikatne doprawione ziołami. Do niej można zamówić, co dusza zapragnie: frytki, frytki crispy, ziemniaki, mizerię, szpinak z migdałami, surówki, warzywa z wody itd. Czas na krewetki, takiego podania jeszcze nie spotkałam. W małej kokilce masełko z czosnkiem, obok krewetki i kawałek bagietki. Krewetki miały nieziemskie miękkie mięso, można było zatapiać w rozpuszczonym maśle z czosnkiem.

Przystań, ryba św. Piotra

Podczas naszej drugiej wizyty w restauracji zrozumiałam, że kucharz jest chyba zakochany 😉 Chłodnik pyszny, ale niestety za słony, gęściutki, wypełniony porządnie, tylko ta sól… Po takich wspaniałych rekomendacjach mojego męża odnośnie ryby kuszę się na nią. Mega porcja! Mega! Do ryby domawiam świeży szpinak z migdałami. Niestety szpinak ma to do siebie, że chłonie wszystko. Mój był tak potwornie tłusty, że jedząc czułam olej - aż cały się błyszczał. Próbowałam go uratować wyciskałam tłuszcz w serwetki, ale mimo to smak oleju był nie do zniesienia. Nie mam zwyczaju tego robić, ale proszę o wymianę. I dostaje, bez oleju, smaczny.

Wędzone ryby

Przed wyjazdem, pytamy w recepcji, gdzie możemy zakupić wędzone rybki. Recepcjonistka z przykrością mówi, że nie zna w Olsztynie miejsca, gdzie można kupić świeże, wędzone ryby, podaje nam za to miejscowość Szwaderki - tam powinniśmy dostać to czego szukamy :). Odbiliśmy z trochę z trasy i jedziemy na Szwaderki. Rzeczywiście, nie dość, że była tam smażalnia to jeszcze 2 sklepy. Jeden z wędzonymi rybami, drugi ze świeżymi. Przy parkingu można było zakupić lokalne miody.

Trattoria

Tym razem nie przypadek, a polecenie znajomej prowadzi nas do Trattoria da Antonio. Słyszałam same dobre rzeczy na temat tej restauracji, tak więc z entuzjazmem idziemy. Jest ciepły letni wieczór, stoimy przy restauracji, kelnerzy kręcą się przechodzą obok nas, nikt nie zaprasza. Dziwne. Nadmienię, że restauracja nie była wcale oblegana tego wieczoru. Mam nadzieję, że to była jednorazowa akcja kelnerów. Minęło trochę czasu zanim kelner zaprosił nas do stolika. Kelner zaciera pierwsze złe wrażenie. Miły, uprzejmy, podaje karty, pyta, czy podać wodę dla pieska. Zamawiamy, foccacie (focaccia ai due pesti), antipasto di bufala, risotto z owocami morza (risotto mare), szparagi z parmezanem i Polędwiczkę z dorsza (Merluzzo alla sicula). Mąż jest fanem foccaci, dlatego często po nią sięga.

Focaccia

Te u Antonia były z dodatkiem pesto: pesto zielonym i czerwonym. Krucha z grubo ziarnistą solą. Przystawka dla niego nie dla mnie. Ja celuję w szynkę parmeńska z mozzarellą. Produkty - klasa, wysoka jakość. Ogromnie brakowało mi w przystawce kropki nad i mianowicie sosu! Sama polałam sosem balsamicznym. Mozzarella mokra, rozpadała się ze świeżości. Rewelacja. Czas na dorsza, tu się trochę poczepiam. Sama ryba wyborna, rozpływała się w ustach (Nori też pojadła) Mięciusieńka- bardzo delikatne mięso. Natomiast sos, w której była utopiona był potwornie ciężki. W sosie mamy karczochy, oliwki, cebule, pomidory, ale musiało być jeszcze coś co nadawało daniu ciężkości. Szparagi z parmezanem - kulinarny sztos! Niby tylko szparagi, ale były obłędne, słodkie, idealnie gotowane. Risotto niestety było trochę za bardzo al dente. Brakowało mu trochę dosłownie chwili na ogniu. Pomimo tych naprawdę kilku drobnostek to z czystym sumieniem stwierdzamy, że warto tu przyjść. Liczę, że będzie obsługiwać Was ten sam kelner co nas 😉

Nori

Spotkanie ze znajomymi, tym razem we włoskiej restauracji. Konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Odwiedzamy Trattoria Rucola na Kruczej. Matko, przysięgam, dawno tak dobrze nie jedliśmy! O tym za chwilę. Obsługa bardzo miła, można poczuć się ugoszczonym i mile widzianym. Mieliśmy rezerwację w środku, pogoda jednak dopisała wiec prosimy o stolik na zewnątrz - nie było problemu. Wspaniale, że część restauracyjna jest oddzielona od ulicy białymi skrzyniami z ziołami, które dają poczucie intymności. Jest nas czwórka, więc jedzenia będzie pokaźna ilość. Zamawiamy: mozzarellę di bufala, foccacię, Carpaccio z ośmiornicy (carpaccio di polipo), Carpaccio z polędwicy wołowej (grande carpaccio), szynka parmeńska z melonem (prosciutto crudo e melone), bruschetty z karczochem (bruschetta Bresa), pizza gamberi, pizza chili, ośmiornica (polipo alla livo), crème brûlée, tiramisu, pannacottę. Wszystkim się dzielimy i kosztujemy po trochu. Szykujcie się będą same ochy i achy.

Mozzarella di bufala

Mozzarella mokra, prawdziwa, pyszna, podana na pomidorkach koktajlowych (concasse). Pierwszy raz takie coś jadłam pomidorki były jakby zamarynowane. Całość polana gęstym sosem balsamicznym towarzyszy temu grzanka. Prosciutto pyszne, prawdziwe, melon słodki, całość również polana sosem balsamico. Carpaccio cieniusieńkie, a do tego mamy kapary, rukolę, ser grana padano i sos. Bruschetta Bresa miała na sobie pastę z oliwek, karczocha i włoską szynkę (ta przystawka była ciut za sucha) bardzo smaczne. Pizze to jakiś obłęd! Wspaniałe cienkie ciasto (nie znoszę grubej buły, którą się mieli i mieli i końca nie widać), czuć wszystkie produkty, które się łączą wybornie. Danie z ośmiornicą to propozycja sezonowa. Na talerzu mamy dwie pokaźne zgrillowane macki oblane sosem pomidorowym (z oliwkami, kaparami) przykryte dwiema grzankami. Ośmiornica rozwaliła system.

Ośmiornica

Nie była przeciągnięta - była w punkt, mięciutka wyborna. Na dobicie, zamawiamy desery. Tiramisu - niebo w gębie, crème brûlée i pannacotta również. Nie spróbujecie nie uwierzycie. Reasumując, nie dziwię się, że trzeba robić rezerwacje, żeby tu zjeść. Czuliśmy się ugoszczeni tak prawdziwie po włosku - bez nadęcia. Produkty wysokiej klasy. Powiem wam coś jeszcze, coś co mnie ujęło. Podczas gdy jedliśmy te pyszności zwróciłam uwagę na kelnerów. Dostali z kuchni misę muli. Podchodzili z talerzami i częstowali się. Ktoś mógłby powiedzieć, co to ma znaczyć oni są w pracy itd. Nic podobnego uważam to za coś wspaniałego, prawdziwie po włosku. Ta sytuacja tylko mnie umocniła, że jest tu wspaniała atmosfera, do której z pewnością będziemy wracać wielokrotnie. Nori dostała wodę i przytulasy od kelnerów! Dziękujemy i do zobaczenia! 🙂 Będziemy wracać bo naprawdę warto!

 

przed nużeńcem

W momencie, gdy Nori zawitała w naszym domku miała 3 miesiące. Cieszyliśmy się każdą chwilą - jak z dzieckiem. Taki gamoń mały słodki, cieszyły nas jej wariactwa jej falka (usypiając łapała w pysia kocyk, a łapkami robiła falkę - wydaje mi się, że to jej dawało poczucie bezpieczeństwa, tak jakby ssała sutek mamy). Byliśmy i wciąż jesteśmy zachwyceni jej postępami. Pewnego dnia zauważyliśmy na jej pysiu małe wytarcie sierści. Z racji, że nie wiedzieliśmy co nas czeka nie przejmowaliśmy się bardzo, po ta plamka była naprawdę maleńka. To wszystko dla nas było nowe, Nori i chorowanie. Obserwowaliśmy plamkę, która się powiększała i do tego pojawiały po kilku dniach pojawiły się nowe. Stwierdziliśmy, że trzeba to skonsultować z lekarzem. Nie zwlekając dłużej udaliśmy się do pobliskiej lecznicy. Lekarz obejrzał ją i mówi „Nużeniec, podamy krople i minie”.

pogarsza się

Wiecie to jest tak, że jak idę do lekarza/weterynarza to obdarzam go pewnym zaufaniem. Ja na tym się nie znam, więc bierzemy polecane krople, zakraplamy na kark, płacimy i wychodzimy. Wychodząc miałam jakieś wątpliwości, poza tym hasło nużeniec było dla mnie jakąś abstrakcją! Na moje pytanie co to jest, usłyszałam, że to są pasożyty, które najpewniej ma od matki - każdy pies je ma. W niektórych przypadkach mogą się uaktywnić, ale nie muszą. Czując niedosyt wiedzy w domu przeszukałam Internet. Muszę się Wam przyznać, że te krople też nie dawały mi spokoju, na opakowaniu narysowany kot, a samych kropel były chyba 3 ml. Nie marudzę zakraplam i obserwuje psa. Z każdym dniem plamy na pysiu powiększają się, więc lecimy znowu do wete. Tym razem trafiamy na innego lekarza. Dajemy mu szanse. (na nasze szczęście ten już tam nie pracuje, a teraz Nori zajmuje się najwspanialsza pani weterynarz w tej samej klinice). Patrzy na nią i daję taką samą diagnozę nużeniec. Dodaje jestem raczej pewny, że to to ale pobierzemy wyskrobinę żeby laboratoryjnie sprawdzić, wiecie może wyjść negatywny wynik, ale to nużeniec. Wyobraźcie sobie naszą reakcję i zwiększające się oczy ze zdziwienia. To po co to robić? Jednak to jest lekarz wie co robi. I bardzo, ale to bardzo żałuję, że do tego dopuściliśmy. On podchodzi do małej ze skalpelem trzyma ja na siłę, ja się trzęsę z nerwów a on tym okropnym skalpelem robi tą swoją cholerną wyskrobinę przy oczku na pysiu. Nori dostaje jeszcze zastrzyk, wychodzimy mówię dość. Tak jak szanowny pan weterynarz powiedział wcześniej badania laboratoryjne wykazały wynik negatywny. Plamy się powiększały, a mała coraz bardziej drapała się po pysiu, miejscami aż do krwi. Obrażona na tą klinikę mówię, że więcej tam nie wrócę tylko maltretują psa i nie pomagają (podkreślam, że to były czasy, kiedy pracował ten lekarz). Byliśmy załamani.

pogarsza się

Nori się drapała, robiły się rany te jej przeszkadzały, robiły się strupy które zdrapywała. Boże koszmar! Szybko przypomina mi się koleżanka, która jest psią rehabilitantką, pracuje w klinice. Piszę do niej z błaganiem o pomoc. Co robić pytam! Ona mówi, nie czekajcie przyjedźcie czym prędzej. Klinika daleko, bo w Józefosławiu, ale warto. Ten lekarz sławi się w ratowaniu zwierząt. Istny pasjonat, magik i zbawca! Pan doktor wita nas z radością. Napisałam nas? Haha NORI.

kropelki nie pomagają

I pyta
co Cię tak mole pogryzły? OOOOooo nużeńca masz. Opowiadamy panu doktorowi cała historię, on oczywiście przyznał mi rację, że tamte kropelki nie miały prawa zadziałać, przy tak rozwiniętym nużeńcu, a robienie wyskrobiny było bezsensu i narażały szczeniaka na niepotrzebny stres. Dodał, że pozbędziemy się robaka, potrwa to 6 tygodni ale się go pozbędziemy. Dostaliśmy specjalny zastrzyk, tabletki przeciw świądowi, żeby przestała się drapać i specjalny płyn do smarowania miejsc dotkniętych przez robala. Podawaliśmy lekarstwa, smarowaliśmy, a co tydzień jeździliśmy do Józefosławia na zastrzyk. Wypędził robala, nużeniec pokonany! Niestety została mała blizna przez tą cholerną wyskrobinę, ale najważniejsze, że pies jest zdrowy. Panu doktorowi bardzo dziękujemy - nasz zbawca z wielkim sercem.

Po tym wszystkim, szukaliśmy przyczyny. Nasz wybawiciel potwierdza, że to od matki, ale Nori musiała mieć spadek odporności, dlatego pasożyty się uaktywniły. I tak właśnie było, przed atakiem nużeńca, umyliśmy Nori szamponem dla psów przeciw pasożytom. Po nim miała silną reakcję alergiczną i to był ten moment, kiedy odporność się obniżyła.

Wybraliśmy się tu ze znajomą. Ona słyszała, że warto tu wpaść - tak więc jesteśmy, chcemy sami sprawdzić czy warto tu jeść.  Telefonicznie zarezerwowaliśmy stolik - uprzedzając, że przyjdziemy z Nori. Na miejscu okazuje się, że musimy zmienić stolik (z miejsca 1 piętrze) na miejsce na dole bo z psem. Ok, nie zniechęcajmy się, dajemy szanse tej restauracji. Z zewnątrz restauracja wygląda bardzo przyjemnie. Wchodzimy. Wystrój hmm... jakby to napisać, żeby nie wyszło źle... Brakuje temu miejscu charakteru. Ławki i stoły ciężkie jak w pijalni piwa. Ściany ozdobione dziwnym czymś nawet nie wiem, jak to nazwać, takie jakby plakaty przypominające budynki. Klimat nie zachwyca. Jednak nie zniechęcajcie się, czytajcie dalej. Jak to mówią klimat tworzą ludzie i tak było w tym przypadku.

Kuchnia Pikanterii jest bardzo domowa. Przerażała mnie początkowo duża karta. Są tu przekąski do piwa (precle piwne, deska serów, zboczone śliwki 🙂 - zawinięte boczkiem, oscypek, galareta, wątróbki, tatar, sałata cezar, sałata z łososiem, sałatka z burakami, camembert, naleśniki), zupy (rosół z kołdunami, zupa dnia, barszcz czerwony, żurek, specjalność szefa - zupa z pomidorów), pasty, dania główne (pierogi, kaczka pieczona, polędwiczki, kurczak, udo gęsi, gnocchi z grzybami, łosoś z warzywami, pstrąg, żeberka BBQ) i oczywiście desery. Jak widzicie wybór bardzo duży nie jest to kuchnia typu haute cuisine, widać polskie dania z różnymi inspiracjami z innych kuchni świata. Z karty wybieramy, żurek w chlebie, żeberka w sosie barbecue, tatar ze śledzia, tatar wołowy, rosół z kołdunami, pierogi z mięsem, pierogi z kapustą i grzybami oraz napoje. Kelnerka na wstępie informuje nas, że zostaniemy poczęstowani proseco, z okazji urodzin restauracji - miło. Przejdźmy do konkretów. Rosół dostałam chłodny. W smaku bardzo smaczny kołduny dobrze doprawione, cienkie ciasto, tak więc w porządku, oczywiście wolałabym dostać gorący.

Żurek

Żurek wybitny i do tego chleb, w którym był podany - świeży i chrupiący. Tatar ze śledzia bardzo mi smakował, doprawiony w sam raz, z ogórkiem rzodkiewką sosem wasabi. Polecam! Tatar wołowy miał bardzo dużo dodatków, smaczny, drobno posiekany. Na stole mamy zestaw, magie sól pieprz jak ktoś chce może podkręcić smak wedle uznania. Żeberka smaczne, ale trochę zbyt tłuste - to raczej norma, jeśli chodzi o to mięso?! W zestawie mamy pieczonego ziemniaka w folii. Teraz pierogi, przy zamówieni mieliśmy wybór, czy chcemy z wody czy z pieca. Wybraliśmy z pieca z okrasą - NA GRUBO 🙂 W tak zwanym między czasie kelnerka pyta czy przy nieść wodę dla pieska! Z uśmiechem przyjmujemy propozycję.

Pierogi z mięsem

Wracając do pierogów, ja swoje niestety musiałam zwrócić na talerzu miałam zestaw surówek w tym surówka, z marchewki której sok rozlał się już na talerzu. Jak pisałam wcześniej mam silną alergię na marchewkę. Kelner, tym razem zabrał mój talerz bez żadnego komentarza i przyniósł chwilę później pierogi z zestawem surówek bez marchewki. Jeśli chodzi o smak były dobre, ale jak dla nas za mało doprawione, były z pewnością solidnie nadziane. Pierogi za z kapustą i grzybami były poprawne, natomiast nie raz jedliśmy lepsze. Kapusta trochę kwaśna, a smak grzybów był ledwo wyczuwalny. Na deser miejsca nie starczyło. Natomiast słyszałam głos zachwytu do szarlotki ze stolika obok, może spróbujemy następnym razem.

Nori

Teraz słowo o gościnie. Na koniec naszej wizyty kelnerka pyta „Czy zapakować mięso dla pieska”. Początkowo nie zrozumieliśmy. Pytam ale pani żartuje? Ona się uśmiecha i mówi, że może spakować. Moje zdziwienie było dlatego, że w życiu nie spotkałam się z pytaniem czy coś niezjedzone zapakować pieskowi na wynos - to było po prostu bardzo miłe. Dziękujemy za gościnę 🙂

  • Ogólna ocena: 4
  • Wystrój: 3
  • Nasza ocena: 4
  • Ocena Nori: 5+

Odpoczywamy

Wybraliśmy się tam w sierpniu w 2017 roku. Mieliśmy szczęście - trafiliśmy na pogodę. Hotel znajduje się w Piszu przy samym rynku, tuż obok niego płynie Pisa. Obok jest przystanek promu wodnego, można skorzystać i popłynąć na wycieczkę. Hotel wielki, liczne korytarze i windy prowadzą do naszego maleńkiego pokoju. Śniadania i parking w cenie pobytu. Duży wybór wszystkiego, na słodko na słono - jak kto woli. Ryneczek malutki, ale bardzo urokliwy. Nie ma tam za wiele terenów do zwiedzania. Dlatego też często serwowaliśmy Nori wypady nad rzekę, gdzie wariowała z radości. Wrzucane patyki do wody które trzeba uratować, czego życzyć psu więcej 🙂 ?! Spożywaliśmy zazwyczaj hotelowe jedzenie. Fakt, widok na rzekę umilał posiłki. Serwowali wyborne wyroby własne, takie jak kartacze czy pierogi - solidnie nadziane mięsem. Rybki też są warte pochwalenia. To był bardzo miły wyjazd, cisza, spokój. Ale… Rezerwując pobyt (jeżeli pragniecie ciszy) należy upewnić się, czy w tym czasie nie są organizowane wesela. My na takie trafiliśmy w czasie naszego wypoczynku - było bardzo głośno. Wiąże się to też z brakiem miejsc parkingowych.

Opłata za dobę za psa zależy od jego wielkości. My za Norcię płaciliśmy 50 zł. Nori waży 6-7kg więc łapie się w kategorii maluchów :).

Nori

Trzeba przyznać, że przypadek nas tu sprowadził. Spacerowaliśmy z Norcią szukając miejsca na kolacje. Mijamy głośne bary, pijalnie, imprezownie, burgerownie, ale niczego „spokojnego” nie spotykamy.  Zbliżamy się do ul. Żuwawiej. I tu właśnie była otwarta Żurawina. Nazwa przednia 🙂 Miła kelnerka zaprasza nas do stolika. Wystrój zachęca do odwiedzin. Zamawiamy: hummus, tatar, stek oraz pad thai z krewetkami. Czekając na dania zachwycałam się promocjami jakie mają w ofercie oraz ich prostą kartą. Mają powtarzalność – co bardzo lubię i cenię. Każdy dzień ma swoją promocje np. w poniedziałki od 16 jest rabat, a w soboty jest ladies night (z tej okazji panie w soboty piją za darmo przy zamówieniu czegoś z karty). Fajne, pomysłowe. Nie lubię, jak karta jest gigantyczna, wtedy czuje brak zaufania do podawanych dań. Czy to na pewno świeże? Wielka karta jak kalendarz nie może wzbudzać zaufania.

Hummus

Zacznijmy jeść. Hummus super, dobrze doprawiony podany z chlebkiem typu pita. Tatar podany wspaniale, na kamiennym talerzu z dodatkami. Siekana polędwica wołowa aromatyzowana dymem z wędzonych beczek, w których leżakowała whisky, korniszon, chips chlebowy, ogórek i musztarda dijon. Taki dokładny opis skusił mnie, ten dym i te beczki…Pani podała tatar, on sam przykryty był kieliszkiem, w środku widać było dym. Pani podnosi kieliszek a ja delektuję się dębowym, wędzonym zapachem. Jedyne co mogłoby ulec zmianie w tej przystawce to pieczywo (po prostu dodałabym je do zestawu). Chips z pieczywa średnio nadaje się do tatara (chyba że jako ozdoba). Po za tą uwagą z pieczywem nie zmieniłabym nic. Stek był bardzo smaczny, niestety zbyt żylasty. Podany z grillowanymi warzywami, pieczonymi ziemniakami i sosem Béarnaise (sos bearneński). Pierwszy raz spotkaliśmy się z nim właśnie w żurawinie, szybko wygooglowałam, żeby poznać jego składniki. Wyczuwalny był majonez i pieprz, ale co więcej? I tu internet podpowiada, że składa się z: szalotki, estragonu, czarnego pieprzu w ziarnach, wina białego, octu winnego, masła klarowanego, żółtek, soku z cytryny i soli. Osobiście widzę podobieństwo do sosu holenderskiego, to kremowy sos, z wyczuwalnym smakiem estragonu. Estragon to intensywne zioło przez co sos ma bardzo wyrazisty smak.

Pad Thai

Czas na opis Pad Thai-a. Był wyborny, jednak też zmieniłabym w nim jedną rzecz. Czuć było, że wszystkie produkty są bardzo dobrej jakości: makaron ryżowy, krewetki, trawa cytrynowa, kafir (to tajska odmiana limonki, używa się ich liści do doprawiania, nadaje super świeży aromat), mleczko kokosowe, kolendra, imbir, orzechy nerkowca, sos rybny, czerwony pieprz. Wszystkie składniki dopełniają się i są całością. Jedyna rzecz według mnie do zmiany to trawa cytrynowa. Kompletnie nie dało się jej zjeść. Odczuwałam lekki dyskomfort, gdy co chwilę musiałam wyciągać ją z buzi. Sytuacje bardzo łatwo można naprawić, może należy się zastanowić nad użyciem mniejszej ilości tej „prawdziwej” i dodaniu trawy cytrynowej w wersji zmielonej. Z doświadczenia wiem, że wspaniale zagęszcza sosy. Gdyby, nie ta trawa nie możliwa do spożycia oceniłabym danie na 6+ 🙂 tak będzie tylko 6 🙂

Nori dostała (bez proszenia) miskę wody. Podsumowując: warto tu wpaść!

  • Ogólna ocena: 5 +
  • Wystrój: 6
  • Nasza ocena: 5
  • Ocena Nori: 5

Nori

Ciepła majowa niedziela, wybieramy się na obiad do Mąki i Wody. Przed wizytą chciałam zasięgnąć wiedzy co można tam zjeść. Trafiłam na liczne strony, blogi, które wypowiadają się na temat tego miejsca. Zdania były podzielone. Jestem zachwycona i ciekawa co nas czeka, będę mogła wtrącić swoje 5 groszy. Bo przecież, ile ludzi tyle opinii…

Zajmujemy miejsce w ogródku, słońce nas do tego zachęca. Zamawiamy: arancini, fritatine di pasta, bruschette, calzone ripieno, sałatkę di mare, lemoniane bazyliowa, foccacie, fegato, ravioli. I dwie pizze.

Zacznę od lemoniady, pychaaaaa. Nic dodać nic ująć. Orzeźwiająca wspaniale rozwiązanie na ciepły dzień.

Burrata

Bruschetta - zachwycająca. Na grzance znajduje się burrata i marmolada z sycylijskich pomarańczy (tak informują nas w karcie), faktem jest to, że marmolada bardzo słodka. Genialna przystawka. Prawdziwe arancini poznałam na Sycylii. Te prawdziwe, są wielkości piąstki czy piłki do tenisa. Można spotkać różne wypełnienia czy to z serem czy szynka i groszkiem. Wnętrze otula ryż (nie taki zwykły, lecz taki jak do risotto) i całość smażona jest w głębokim tłuszczu. Wszystkie były zachwycające. Wersja z restauracji Mąka i Woda jest dużo, dużo mniejsza - porównam do piłeczki tenisa stołowego. Smaczne, ale jest dalekie od oryginału.  Frittatine di pasta to było bardzo ciekawe odkrycie.

Frittatine di pasta

Małe kwadraciki smażone we fryturze kryły w sobie wędzona mozzarellę, speck, prosciutto i ser montasio. Małe, ale pyszne. Dopełnieniem była grubo ziarnista sól posypana na wierzchu. Fegato (wątróbka) zamówił nasz znajomy, zachwycał się nią, spróbowałam, jednak twierdzę, że nie jestem fanką wątróbki.

Di mare

Czas na sałatkę z owocami morza. W sałatce Di mare znajdziecie ośmiornicę, krewetki a razem z nimi są ziemniaki, kapary, dużo natki i baaardzo dużo oliwy. Oryginalnie sałatka ta ma jeszcze w swoim zestawie seler naciowy (dostałam bez, ze względu na swoją alergię pokarmową). Sałatka naprawdę niezła. Chociaż oliwę odlałam. Ravioli miało dobre ciasto, wypełnione serem i polane masłem szałwiowym. Pizza, w opinii męża, miała przemoczone ciasto. Za dużo sosu, za cienkie cisto lub za krótko była w piecu. Brakowało jej kruchości. Smak dobry, jednak minus za to ciasto, pizza powinna być krucha, a tu ciasto przypominało taki glut. Może za niska temperatura pieczenia, a może za krótko była w piecu? Trzeba stwierdzić, że to miejsce odwiedzają istne tłumy, więc Mąką i Woda ma coś w sobie i przyciąga ludzi.

Podsumowując, jedzenie smaczne, pięknie podane, porcje niezbyt duże. Nie do końca rozumiem fenomen tego miejsca, na pewno warto przyjść i samemu się przekonać.

  • Ogólna ocena: 5
  • Wystrój: 5
  • Nasza ocena: 5
  • Ocena Nori: 5

Na rynku mamy dostęp do całej masy różności dla naszych pupili. Konga, zabawki, szachy dla psa (tak one istnieją :)!!!). Na allegro można kupić też różnego rodzaju maty węchowe - można kupić wszystko, ale dla mnie większą frajdą jest zrobić coś własnoręcznie dla Norci - postanowiłam zrobić własną matę węchową 🙂 Wystarczy mieć trochę czasu i kilka produktów.

Materiały

Do dzieła! Do zrobienia takiej maty potrzebujemy:

  • Wycieraczkę gumową z dziurami
  • Wycieraczkę do podpicia
  • Materiał (ja użyłam kocyków zakupionych w znanej szwedzkiej sieciówce)
  • Nożyczki
  • Klej na gorąco

Dobór materiału jest dość istotny, ten polaro-podobny będzie najlepszy, inne materiały mogą się siepać. (co niewątpliwie stanowiłoby zagrożenie dla piesełków). To zaczynamy zabawę. Tniemy materiał na paski. Ja użyłam dwóch różnych kolorów kocyków i wymyśliłam sobie dwie długości. Oczywiście można paski ciąć na takie same długości - ja zaszalałam, chciałam, żeby mata była gęsta. Jak już potniecie paski to następnie związujecie je na gumowej wycieraczce z dziurami.

Zawsze blisko

Na każdej przestrzeni powtarzacie czynność. Zadbajcie, żeby supełki były przewiązane dwa razy. Jak już się doczekacie efektu końcowego i wszystko będzie zawiązane, bierzecie tą drugą cienką wycieraczkę (lub materiał) i za pomocą kleju na gorąco sklejamy ze sobą. Po co? A właśnie po to, żeby smaki które włożycie nie wypadały 🙂

Może powinnam od razu zacząć od odpowiedzi na pytanie PO CO MI TA MATA ? Otóż mata jest świetnym rozwiązaniem na nakręconego psa i świetnym pomocnikiem w wielu sytuacjach. Wkładacie smaczki między materiał i dajecie piesełkom. Pies jest zaangażowany szuka, wącha – jest zajęty. Jak Nori była maleńka często nie potrafiła się „wyłączyć”, w głowie siano i zabawa, zabawa. Wtedy dobrym ratunkiem była mata węchowa. Pies był zajęty, męczył się i finalnie zapominał o wariactwach. Dodatkowo rozwija ona węch psa i umiejętności manualne - bardzo często smaki trzeba sprytnie wydobyć z pomiędzy zaplątanych materiałowych pasków.

Do wykonania maty możecie zaangażować dzieci, dzięki temu pociechy też będą miały dobrą zabawę.

Jedyny minus robie maty własnoręcznie to zapach gumy który unosi się w mieszkaniu przez kilka dni.